środa, 31 sierpnia 2016

Od Dekki CD Marceliny

Obserwowałam wszystko z daleka. Jedynym plusem tej całej wyprawy, było to, że nikt nie zginął. Może i niektórzy zostali ranni, ale przynajmniej nie ma żadnych poległych.
Gdy zobaczyłam ich w końcu na żywo, przed samą, odetchnęłam z ulgą. Można by rzec, że kamień spadł mi z serca. Wszyscy wiwatowali i cieszyli się z wygranej. Śmierć kolejnego Łowcy oznaczała tyle, co jeden problem mniej. Od lat z nimi walczymy, ale nie da się zabić wszystkich. Zawsze, któryś się ukryje. Nie mówię tego z nienawiścią. Osobiście wolałabym żyć w zgodzie, ale to niemożliwe.
Podeszłam do Marceliny. Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy, była rana na brzuchu. Trochę się zmartwiłam, ale i zdziwiłam; Marcelina nie wyglądała jakby to ją bolało, wręcz przeciwnie, jakby tego w ogóle nie czuła.
- Boli cię - zapytałam, wskazują na ranę.
Pokręciła głową.
- Nie, praktycznie tego nie czuję - powiedziała.
Zastanowiłam się chwilę. Rzeczywiście, rana nie wyglądała nie wiadomo jak groźnie. To chyba bardziej chodzi o to, że brzydzę się krwią.
- Obserwowałam was - oznajmiłam. - Szybko poszło. Chwila i po sprawie.
- Trochę za szybko - mruknęła dziewczyna.
- Co masz na myśli? - Zmarszczyłam brwi.
- Było ich tylko trzech. Poprzednio naliczyłam większą ilość. A zresztą, jeżeli dali radę wejść raz, dadzą i drugi.
Pomyślałam wtedy o Kindze. Nie raz wdarła się niezauważona. Szybko przegoniłam te myśli.
- Nawet jeżeli. Nie powinniśmy się tym przejmować. Trudno przedrzeć się wprost do obozu. Jedyne co, to zostaje im las, który jest patrolowany przez ludzi takich jak ty.
- Obyś miała rację - westchnęła i ruszyła w stronę swojego domu. Nie zatrzymywałam jej. Po takiej akcji należy odpocząć. Ja również poszłam w stronę Jaskini. Za sobą słyszałam jeszcze wiwatowania. Weszłam w ciemny las.

Marcelina?

Od Kingi CD Dekki

Rozglądałam się na boki, próbując racjonalnie myśleć. Przede wszystkim muszę zachować spokój i ochłonąć. Dekka na pewno sobie poradzi, jest w końcu nadnaturalną. Na dobrą sprawę - nie jestem jej do niczego potrzebna.
Ruszyłam na przód, wpatrując się w ziemię. Deszcz dopiero zaczynał kropić, więc niektóre ślady dało się wypatrzeć.

* * *

Dotarłam pod jakąś jaskinie, która kryła się za wodospadem. Dotarłam do tego miejsca po krwi, która jak sądziłam była Dekki. Naciągnęłam na nos maskę i wyciągnęłam broń. Postanowiłam wślizgnąć się do środka.
Nie był oto jednak takie łatwe. Wszystko było zabezpieczone i obstawione z każdej strony. Nie mogłam znaleźć odpowiedniej chwili, więc czekałam, aż ta się nadarzy.
Czekałam tak dobrą godzinę, aż zauważyłam, że pod jaskinie przyjeżdża powóz z ludźmi. Z tego co usłyszałam byli to zakładnicy.
Zauważyłam, że jeden ze strażników odchodzi na bok. To była moja szansa.

Stój leżał idealnie, a ofiara również była kobietą. Wystarczyło ukryć włosy.
- Na co czekasz?! - krzyknął jakiś mężczyzna spod wozu. Złapał małą dziewczynę za rękę i zrzucił na ziemię. - Nie obijaj się suko!
Przytaknęłam i podeszłam zabrać swoją ofiarę. Najchętniej wydrapałabym mu oczy, ale teraz musiałam być potulna i grzeczna.
Spojrzałam na trzymaną przeze mnie blondyneczkę. Patrzyła na mnie załzawionymi oczami i próbowała się wyrywać.
- Co robisz bachorze? - szarpnęłam ją mocniej, wyraźnie zdenerwowana. Nie miałam czasu rozczulać się nad głupimi dzieciakami.
- Proszę, proszę, proszę... - powtarzała szeptem, a potem zaczęła głośno wrzeszczeć. Zauważyłam, że jej ręce zaczynają się palić. W tym momencie zrozumiałam, że to nadnaturalni są tutaj przywożeni. Patrzyła na mnie i płakała, cały czas błagając aby ją uwolnić.
Nie zważając na jej zachowanie ruszyłam korytarzem dalej. Widziałam jak dziewczynka zatacza się i upada w swoje płomienie.
W końcu dobiegłam do lochów, a przynajmniej tak mi się wydawało. Było tam więcej strażników. Powoli podeszłam do jednego z nich.
- Mam rozkaz przyprowadzić Wyrocznię - powiedziałam. Przez chwilę miałam wątpliwości, czy uwierzą, ale już za chwilę zaprowadzono mnie pod jej klatkę. Wyglądała jak tysiąc nieszczęść.
- Chodź suko - warknęłam na nią, mocno łapiąc za rękę i jednocześnie ciągnąc za włosy. Gdy strażnicy pozwolili mi odejść, mogłam w końcu odsapnąć. Skręciłam w bok, gdzie ściągnęłam maskę i spojrzałam na zdezorientowaną dziewczynę.
- To ja - szepnęłam, rozwiązując ją.
- Kinga, uciekaj - wysapała. Zaśmiałam się, biorąc ją pod ramie. Ruszyłam w kierunku wyjścia. Robiłam to powoli i ostrożnie, ale jednocześnie starłam się ukryć naszą obecność.
- Nigdzie nie idziecie - usłyszałam za sobą głos tego samego mężczyzny. Odwróciłam się w jego stronę i zobaczyłam, że trzyma za rękę tą samą dziewczynkę. Była ona wtulona w jego nogę i krzyczała, że chce mnie zabić. W tym momencie stałam totalnie zdezorientowana. Mocniej zacisnęłam szczękę.
- Serio? - mruknęłam, a on zaczął się zbliżać. Mała blondynka była posłuszna jak jakiś pies.
- Widzisz, tutaj to ja mam władzę - stałam jak sparaliżowana, nie mogłam się ruszać. Dekka ciężko oddychała, co mnie najbardziej niepokoiło. - Poznajesz mnie? - Sięgnął ręką do twarzy i powoli zaczął zsuwać swoje nakrycie.
- Kłamiesz... - syknęłam, czując, że zaraz wybuchnę. - Kłamiesz! - krzyknęłam.
Przede mną stał Gabriel we własnej osobie. Wypuściłam Dekkę, delikatnie opuszczając na ziemię.
- Dlaczego to robisz?! Po co mieszasz w to Dekkę? - Nie powstrzymywałam łez. - Ty nie żyjesz. Nie żyjesz, rozumiesz? Jesteś martwy!
Po korytarzu rozległ się śmiech, a ja poczułam, że ktoś mnie łapie za rękę. To była Dekka. Spojrzałam na nią, całkowicie zdezorientowana.


Dekka? XDD Chyba mnie poniosło

wtorek, 30 sierpnia 2016

Od Marceliny CD Dekki

Byłam jedynym Demonem w obozie, tak więc gdy się przemieniłam podczas marszu, większość patrzyła na mnie zdziwiona, przestraszona. Sama nie jestem pewna. Jedynie się uśmiechałam i dalej szłam przed siebie. Zostaliśmy podzieleni na grupy, aby najlepiej zaatakować ze wszystkich stron. Nawet z nieba, więc gdy byliśmy ich już blisko, ci, którzy mieli skrzydła, albo mogli się zmienić w skrzydlate stworzenia wzlecieliśmy w górę. Przez chwilę lecieliśmy prosto, aż w końcu naszym oczom ukazało się ognisko. Wokół niego siedziało z trzech ludzi, co oznaczało, że się już rozeszli. Jednak gdy owe osoby nas zobaczyły, wszystkie zagwizdały. Był to porządny gwizd, który rozległ się po całym lesie. A jednak nikomu on nie przeszkodził w zabiciu ich. Próbowali się bronić, może i nawet paru zranili. Niestety jednemu odcięto łeb, drugiemu wypruto flaki na zewnątrz, a trzeciemu ktoś poderżnął gardło. Staliśmy i słuchaliśmy otoczenia. Niczego nie dosłyszeliśmy, jedynie niektórzy słyszeli szmery, albo skradanie się. I po chwili z każdych stron atakowali.
Powróciłam do swojej normalnej postaci i wraz ze wszystkimi zaczęłam wracać do obozu. Niektórzy byli ranni, we krwi, nie koniecznie swojej. Ja tylko miałam ranę po wystrzale z łuku w plecy. Wbiło się w łopatkę, ale po wyjęciu nic mi się nie stało. Trochę pokrwawiłam, w tym czasie jeszcze ktoś zdążył mnie zranić w brzuch, ale to też drobnostka. Obie osoby zabiłam i to z wielką radością. Teraz wracaliśmy do obozu pełni triumfu, chociaż i tak nie mieliśmy pewności, że to wszyscy Łowcy. Może gdzieś jeszcze oni są? A poza tym, jeśli udało im się tu wejść, to dlaczego inni by mieli z tym problem? Ochrona robi się chyba coraz mniej bezpieczna.


<Dekka?>

niedziela, 28 sierpnia 2016

Od Dekki CD Marceliny

Gdy Marcelina wytłumaczyła mi o co chodzi, razem ruszyłyśmy do obozu. Wiedziałam, że Katfrin nie odpuści tamtym Łowcom. Nie należała do takich osób. Pewnie już zwoływała grupę Nadnaturalnych i przygotowywała broń.
Droga nie trwała długo. Obie się spieszyłyśmy. Ja nie brałam udziału w walce, ale chciałam wiedzieć, co zamierzają. Nie jestem zwolennikiem takich akcji, jednak nie jestem w stanie ich powstrzymać.
W końcu dotarłyśmy na miejsce. Katfrin stała wśród tłumu i tłumaczyła wszystkim co robić. Tak jak się spodziewałam, zaatakują dopiero wieczorem. 
Gdy dziewczyna skończyła przemawiać, wszyscy zaczęli rozchodzić się; jedni w stronę sali treningowej, a drudzy po prostu ćwiczyli swoje moce. Marcelina stworzyła miecz ze swojej krwi i trochę z nim poćwiczyła. Przyglądałam się temu wszystkiemu w milczeniu.

* * *

Powoli zachodziło słońce. Nadnaturalni zbili się w małą grupkę i dopracowywali ostatnie szczegóły. Na ich twarzach widniała zaciętość i wrogość. Tylko Anioły były trochę lepiej nastawione. W końcu nie mogli zabić. Do nich należało obezwładnienie przeciwnika.
Gdy już mieli ruszać, podbiegłam do Marceliny i złapałam ją za ramie. Odwróciła się w moją stronę.
- Powodzenia - powiedziałam i puściłam dziewczynę.
Ruszyli w stronę lasu. 

Marcelina? 

sobota, 27 sierpnia 2016

Od Dekki CD Kingi

Nie wiem, jak to się stało. W jednej chwili leżałam na łóżku, czytając książkę, a w drugiej na ziemi. Ktoś mnie związywał. Próbowałam się szarpać, ale byłam za słaba, żeby cokolwiek zdziałać. Nie miałam siły nawet krzyknąć, zresztą nie miałabym jak - w ustach miałam jakąś brudną szmatkę.
Poczułam, jak ta osoba mnie podnosi. Przeszukałam swoje myśli, wyszukując w nich tożsamości tego człowieka. Był nim ten sam mężczyzna, którego wczoraj spotkała Kinga.
Bezszelestnie wymknął się z domu Łowczyni ze mną na plecach. Już się nie wyrywałam. Straciłam resztki sił i czułam, że rana w nodze znowu się otworzyła. Oddalaliśmy się w stronę lasu. Ostatnim co ujrzałam, był, coraz bardziej oddalający się, dom Kingi.

* * *

Ocknęłam się w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Gdy moje oczy przyzwyczaiły się już do mroku, ujrzałam przed sobą schody. Rozejrzałam się. Znajdowałam się w bardzo małej piwnicy. Nogami praktycznie stykałam się z odległą ścianą.
Próbowałam się ruszyć, jednak skutecznie uniemożliwiały mi to sznury, którymi związane miałam nadgarstki oraz kostki. Tym razem na ustach miałam naklejoną taśmę. Niczym w jakimś filmie. Zachciało mi się śmiać. W co ja się wpakowałam? Jestem Wyrocznią, uwięzioną w piwnicy i praktycznie bezbronną. Owszem, mogłam zmienić te sznury w jakieś bransoletki. Przecież na tym własnie polegała moja moc. Jednak nie zdołałabym uciec. Przez materiał spodni widziałam rozległą plamę krwi. Mały ruch nogą wywoływał falę bólu.
Najpierw usłyszałam kroki. A po chwili, ktoś schodził po schodach w moją stronę. Jedynym co przyszło mi do głowy, to to, żeby udawać, że śpię. Obserwowałam całą sytuację jego oczami.
W dłoni trzymał latarkę, którą oświecił ciemne pomieszczenie. W końcu snop światła padł w moją stronę. Mała, śpiąca postać. Swoją drogą wyglądałam fatalnie, ale to już inna sprawa.
- No, no, no... - Usłyszałam męski głos. Nikogo mi nie przypominał. W ogóle tej osoby nie znałam. - Jesteś świetną przynętą. - Nachylił się w moją stronę. - Nim się obejrzę, a ta twoja zdrajczyni przyjdzie tutaj i wpadnie w naszą pułapkę. 
Mężczyzna zaśmiał się i kopnął mnie w brzuch. Wydałam zduszony okrzyk. Dopiero wtedy opuścił pomieszczenie. Modliłam się w duchu, aby Kindze nic się nie stało.

Kinga? xD

piątek, 26 sierpnia 2016

Polegli!

Żegnamy się z dwoma obozowiczami!


"Veritas de Santare - Zemsty nadejdzie czas"

https://45.media.tumblr.com/e47afeac22ef1709783dce6cfe4f0570/tumblr_n53nj0BSP31qmi515o2_500.gif

Kolejny post informacyjny

Trochę się tego uzbierało, więc najłatwiej będzie, jak napiszę wszystko co mi leży na sumieniu w punktach:
  1. Wracam! Po tak długiej przerwie odzyskała swój komputer i jestem cała w skowronkach. Szczerze przyznam, że jeszcze się przyzwyczajam do tego wielkiego ekranu xD
  2. Przez ostatnie kilka dni nie było postów. Otóż, wydarzyło się coś, co nigdy wydarzyć się nie miało: Katfrin również poległa w walce z komputerem.
Jednakże jestem ja i mam nadzieję, że rozruszam ten blog trochę, bo się zaniedbał.

Pozdrawiam, Strzepa&Dekka

Od Marceliny CD Jace'a

Ta... teraz nie zbyt wiedziałam co mam myśleć. Mówił co innego, ale jego ton do tych słów nie pasował. Jakby nie chciał mnie obrazić, albo nie potrafił być miły. Nie wiem. Teraz miałam mały dylemat, ale przecież po tym jak się rozgadałam, to będzie dziwne, jeśli nagle umilknę. Patrzyłam na jego minę, jakby uśmiechniętą, chociaż wcześniej patrzył się na mnie na wariatkę. Eh... Jak wszyscy.
Odwzajemniłam uśmiech.
- A po co? - Machnęłam ręką, że to nie potrzebne. Gdy miałam kontynuować swoją wypowiedź, chociaż i tak sama nie wiedziałam co miałam mówić, usłyszałam swoje imię.
- Marcelina - odwróciłam głowę w bok i zobaczyłam Dekkę.
- Cześć! - odparłam radośnie przekrzywiając lekko głowie w bok.
Odpowiedziała to samo, po czy nie zwracając uwagi na mojego towarzysza, powiedziała mi, abym poszła na Smoczą Górę.
- Dlaczego tam? - zapytałam zdziwiona.
Znałam to miejsce. Mówiło się tam o smokach, które ponoć już nie istnieją. Niestety także można tam spotkać łowcę.
- Ostatnio widziano tam dosyć liczną grupę łowców. Przywódczyni wybrała ciebie, abyś ich zabiła, bo... no wiesz... - przewróciłam oczami.
- Jestem demonem, no tak. - Pomachałam ręką, aby się już nie męczyła. Zgodziłam się na to, po czym wróciłam do chłopaka, który patrzył na nas i widocznie nie był pewny co robić. Dekka od nas odeszła, a ja spojrzałam na chłopaka. - To zobaczymy się później - odparłam z uśmiechem, po czym ruszyłam w stronę lasu dosyć żwawym krokiem.
Szybko zapomniałam o wszystkim, czyli głównie o chłopaku. A nawet o dziewczynie. Dlaczego? Bo gdy tylko zamieniam się w demona, w głowie mam tylko to, co muszę wiedzieć. A zamieniłam się gdy znalazłam się mniej więcej w środku lasu. Na głowie wyrosły mi dwa czarne duże rogi, włosy zbielały, a oczy stały się czerwone. Ubranie jak zawsze zmieniło się w czarną sukienkę, dosyć krótką, z odsłoniętym brzuchem jak i do połowy piersiami. Nogi miałam bose, a na plecach coś, co wyglądało jak czerwona peleryna. W rzeczywistości były to skrzydła, a raczej kości zaschnięte w krwi, z wiszącymi kawałkami skóry. Uwielbiałam ten wygląd, ta przemianę, bo wyglądałam strasznie. Bali się mnie, a mi się to właśnie podobało.
Droga na Smoczą Górę trwała tylko godzinę. Nie chciałam używać skrzydeł, bo po co? Wolałam zostawić sobie więcej energii przy starciu. Nie pamiętam kiedy ostatnio walczyłam jako demon. Minęło trochę czas. Zazwyczaj staram się nie przemieniać, bo każdy się mnie boi, unika i nie mam osoby do pogadania. Jedynie Dekka, która jakimś cudem przyjęła spokojnie wieści o mojej rasie. Inni nie zbyt dobrze to przyjmowali.
Gdy byłam już w celu mej podróży, rozwinęłam makabryczne skrzydła, po czym wzleciałam do góry, aby nie męczyć się wspinaczką na górę. Między szczytem, a jakąś grotą palił się ogień, a wokół niego byli zgromadzeni łowcy. Było ich tylko czterech. Skryłam się w niewielkiej dziurze, w której się mieściłam, po czym uważnie ich obserwowałam. Czasem się śmiali, a czasem rozmawiali. Czekałam na resztę dosyć długo. Zdążyło się już ściemnieć. Dopiero wtedy udało mi się wychwycić bardzo ważny dla mnie monolog.
- Wszyscy już są? - wysoka niebieskooka kobieta zadała to pytanie nieco niższemu, jednak bardziej masywniejszemu mężczyźnie o krótkich czarnych włosach, prawie że ściętym na łyso.
- Tak - uśmiechnęłam się sama do siebie. W końcu mogłam zaatakować. Było ich dokładnie trzynastu, dwie kobiety i jedenastu mężczyzn. W tym chyba nawet jedno dziecko, ale mi to nie przeszkadzało. Gdy wszyscy wstali i przygotowywali się do dalszej drogi, zaczęłam swoją zabawę. Jednak byli na tyle liczni, aby utrudnić mi wyzwanie. Także zaczekałam do momentu, aż wszyscy zaczną schodzić gęsiego z tego góry. I tak się stało. Przyodziani w wiele broni zaczęli schodzić. Tak właśnie atakowałam ich po kolei. Pierwszą ofiarą było to dziecko. Zatkałam mu usta ręką i zaciągnęłam do tyłu, gdzie pozbawiłam go życia dzięki złamania mu karku. Nie było mi go szkoda, wręcz przeciwnie. Cieszyłam się, że znowu mogę poczuć pobawić się w chodzącego kosiarza, który zabiera życie. Nawet dzieci. Drugą ofiarą był mężczyzna, któremu wbiłam długie ostrze tamtego dziecka. Zanim krzyknął, jego usta napełniły się krwią i się udusił nią. Dalej mnie nie widzieli. Aż w końcu zostało ich tylko siedmiu, gdyż kobieta miała niezłą przeponę i potrafiła tak krzyknąć, że uszy prawie mi odpadły. Musiałam jej odciąć głowę, aby się zamknęła. Jednak tak czy siak została zdradzona, przez co musiałam walczyć z nimi wszystkimi naraz.


<Jace?>

Od Marceliny CD Dekki

Wczoraj zaraz po odprowadzeniu Dekki do domu, wróciłam na służbę. Zaczęłam rozglądać się wpierw po lesie, gdzie to ukrywał się poprzedni Łowca. W powietrzu unosił się zapach ogniska, w nocy księżyc oświetlał dym, który ulatywał z małej polanki gdzieś na środku tego lasu. Bez namysłu podążyłam w tamtym kierunku. Skryłam się na drzewie i uważnie obserwowałam grupę ludzi siedzącą tam. Rozmawiali i się śmiali, a niektórzy trzymali jakieś mapy i wskazywali coś palec. Nie byli stąd, poznałam to po ich woni, jak i wyglądzie. Każdy posiadał broń blisko siebie. Nad ogniskiem piekli sobie dzika, a jedne stworzenie i tak już spożywali. Z chęcią bym ich zabiła, zmieniając się przy tym w Demona. To było bardzo prościutkie. W końcu było ich zaledwie siedmiu, a większość to były dosyć mizerne dziewczyny. Jedna z nich nawet nie była pełnoletnia, widać to było na pierwszy rzut oka. Obserwowałam ich dobrą godzinę, aż nie poszli spać. Jeden, mężczyzna, stanął na warcie i strugał nożem jakiś kawałek deski. Wtedy odeszłam od tego miejsca, aby zawiadomić wszystkich.
Następnego dnia chyba wszyscy się o tym dowiedzieli. A dlaczego to było takie ważne? Dlaczego ich nie zabiłam? Otóż ludzie musieli jakoś tu wejść, a jeśli taka liczna grupa sobie poradziła, jest możliwe, że są także i inni. A jeśli zabije się ich od razu, to będzie ostrzeżenie dla reszty, że wiemy o nich. Wtedy mogą zaatakować znienacka, nie czekając już ani chwili dłużej. Katfrin z samego rana kazała mi powiadomić resztę, a sama udała się w las. Zrobił się tłum w obozie, każdy mówił o tych łowcach, ciągle mnie wypytując o jakieś szczegóły. Ja za to odnalazłam Dekkę, bo tylko ona mi została.
- Coś się stało? - zapytała gdy tylko do niej podbiegłam.
Kiwnęłam szybko twierdząco głową, po czym wytłumaczyłam jej mniej więcej co się dzieje.


<Dekka? Brak weny>

Od Kingi CD Dekki

Westchnęłam, opierając dłonie na parapecie. Pogoda za oknem była słoneczna, jednak po chwili dało się zauważyć ciemne chmury, które zmierzały prosto na nas.
- Nigdy więcej tego nie rób - powiedziałam tylko, a Deka prychnęła.
- Inaczej nic byś mi nie powiedziała. Mam rację? - rzuciła nieco sucho. Wzruszyłam ramionami, cały czas patrząc na niebo.
- Nie widziałam jego twarzy, więc nie jestem pewna kto to może być. Jego głos i zapach nieco przypominał Gabriela, ale to na pewno nie on.
- No tak - dziewczyna mi przytaknęła.
- Sama nie wiem co o tym myśleć, to było dziwne - mruknęłam, odwracając głowę w stronę brunetki. Jej mina cały czas wyrażała głębokie zamyślenie.

* * *

Jakiś czas później stałam w kuchni i gotowałam nam obiad. Pod nosem nuciłam piosenkę, która leciała w radiu. Dekka leżała na kanapie i czytała książkę, co jakiś czas pytając jak mi idzie.
- Zaraz będzie - krzyknęłam w głąb pokoju. Zdziwiło mnie, że Dekka nic nie mówi, ale stwierdziłam, że może nie słyszeć. Na obiad przyszykowałam naleśniki z czekoladą. Sama ich nie jem, ale wiedziałam, że Nadnaturnalnej posmakuje. Wzięłam talerz z pięknie ułożonym jedzeniem i ruszyłam do pokoju.
To co tam zastałam, spowodowało, że wypuściłam talerz i wszystko ubrudziłam w jedzeniu. Nie było tam dziewczyny, a na kanapie widniały ślady ostrzy. Firanka również była poszarpana. Podeszłam bliżej i dotknęłam śladów. W powietrzu czułam zapach chłopaka.
Przeklęłam w myślach, zabierając katany i ruszając tropem porywacza. Było oczywiste, że Dekka nie da sobie rady. Nie teraz, gdy jej noga dalej się leczy. Zabije skurwysyna.

*Po kilku godzinach*

Biegłam ile tylko mogłam, ale po jakimś czasie rozpadał się deszcz, który zatarł jakiekolwiek ślady.
- No k*rwa - syknęłam, opierając się o kolana i łapiąc oddech.


Dekka? XD

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Od Jace'a CD Marceliny

Osoba o niezwykłej mądrości powiedziała mi kiedyś, że ludzie, którzy dużo mówią zazwyczaj są samotni lub chcą zostać wysłuchani.
Nie wiem czy to prawda, ale mojej "rozmówczyni" praktycznie nie zamykały się usta.
Stałem, patrząc na nią, jak na przybysza z innej planety, z chwili na chwilę uświadamiając sobie jak dziwną muszę mieć minę.
Dziewczyna wyrzucała z siebie słowa jak karabin maszynowy i wyglądała przy tym niemal tak radośnie jak Sara. Niemal... W jej oczach czaiło się coś dziwnego. Z jednej strony ciemnego... Z drugiej jasnego jak płomienie ognia strzelające w ognisku. Coś sprzecznego i niezrozumiałego, przy tym współgrającego z nieznikającym z jej twarzy uśmiechem.
Mimo wszystko do mojego serca cicho zapukało poczucie winy... Gdybym to nie ja kierował, Marcelina znalazłaby prawdziwie równą jej charakterowi przyjaciółkę.Co do tego nie miałem żadnych wątpliwości.
Starałem się nadążać za słowami Narcyza, ale moje myśli zaczepiły się na wzmiance o włosach. W dalszym ciągu słuchałem dziewczyny, rozmyślając jednak o czymś zupełnie innym. Zabawne, że temat moich kłaków zawsze, obowiązkowo prędzej czy później się pojawia. Wzruszyłem mentalnie ramionami, skupiając całą uwagę na słowach Marceliny.
- Wybacz. Czasem się rozgadam. Jeśli ci to przeszkadza, mogę się zamknąć. - powiedziała dziewczyna, pozostawiając nas na chwilę w ciszy.
Od tak dawna z nikim "tak po prostu" nie rozmawiałem, że fakt istnienia prawdziwego rozmówcy wydawał mi się... Nierealny... Na tyle nierealny, że miałem zamiar dotknąć włosów Narcyza i przekonać się czy nie jest ona jedynie wytworem mojego chorego umysłu
- Huh? Nie nie przeszkadza mi to - powiedziałem po chwili, rozumiejąc wagę moich słów. Naprawdę chciałem żeby ta dziewczyna mówiła... Z resztą. Kim byłem, aby odbierać jej tę przyjemność. - Miło mi cię poznać... Czyli...Mieszkasz obok? Cóż... Gdybym wiedział upiekłbym jakieś cisto na powitanie - dodałem, siląc się na wesoły ton... Moje słowa wprawdzie zabrzmiały sarkastycznie i... właściwie zabrzmiały tak, jakbym właśnie powiedział coś w stylu "spi*rdalaj".
Jęknąłem w myślach przeklinając mój brak umiejętności nawiązywania relacji międzyludzkich.
~Dupek - oznajmiłem sam sobie w myślach. Dziewczyna jest miła, podchodzi, uśmiecha się, rozmawia... A ja stoję i patrzę na nią jak na tą niebieską jednooką galaretkę z bajki "Potwory kontra obcy".
Uśmiechnąłem się lekko, pozwalając dziewczynie mówić i starając się zatuszować swoje paskudne pierwsze wrażenie.

~Marcelina?

niedziela, 21 sierpnia 2016

Od Dekki CD Kingi

Gdy tylko Kinga wyszła, zaczęłam się martwić. Z tego powodu cały czas patrzyłam jej oczami. Nie chciałam kontrolować towarzyszki, jednak za bardzo się o nią bałam. Szczególnie wtedy, kiedy objął ją ten mężczyzna. Ciarko przebiegły przez moje plecy. Ulżyło mi, gdy weszła do domu.
Teraz bolała mnie nie tylko noga. Brzuch również dał o sobie znać. Ja wiedziałam, że czekolada to zły pomysł. Ale była dobra.
Razem z porankiem zauważyłam, że czuję się coraz lepiej. Ale wolałam sama nie wstawać. Kinga mnie przekonała. Wstała niewiele później. Zjadłyśmy śniadanie. Nie poruszałam na razie tematu mężczyzny. Wolałam z tym poczekać do wieczora. Teraz ważniejsza jest moja rehabilitacja.
Rudowłosa sprzątnęła talerze i odsunęła stół, robiąc miejsce. W końcu będę mogła wstać.
- Na pewno dasz radę? – zapytała. – Jak chcesz to możemy z tym jeszcze zaczekać – zaproponowała. Pokręciłam głową.
- Minęło już wystarczająco dużo czasu – powiedziałam.
Kinga westchnęła, ale nic nie powiedziała. Podeszła do mnie. Z jej pomocą powoli wstałam. Z zadowoleniem stwierdziłam, że sama mogę stać. Towarzyszka złapała mnie w talii i razem zrobiłyśmy kilka kroków. Liczyłam każdy. Za piątym syknęłam. To już było za wiele. Z wielkim trudem doszłam do kanapy i się na niej rozłożyłam. Mimo wszystko nie mogłam przestać się uśmiechać. Jest coraz lepiej. Za jakieś dwa... może trzy dni, będę mogła już wyjść z domu. A przynajmniej miałam taką nadzieję.
- I jak? – zapytałam Kinga
- Cudownie – powiedziałam rozmarzona.
Łowczyni zaśmiała się. Czułam, że ona też się cieszy. Jednak była lekko zamyślona. Dalej myślała o wczorajszym zdarzeniu. Później ją o to wypytam.
- Mam ochotę wyjść na dwór – oznajmiłam nagle. Tęsknie za świeżym powietrzem.
- Chyba żartujesz – prychnęła. – Na razie musi ci starczyć otwarte okno.
Gdy to powiedziała, podeszła do okna i otworzyła je. Spojrzałam na nią spod przymrużonych powiek, ale nie odezwałam się. Usłyszałam tylko cichy śmiech dziewczyny. Też próbowałam się zaśmiać, ale myśl o zdarzeniu z ubiegłej nocy za bardzo zatruwała mój umysł. Tym bardziej, że czułam iż moja noga to nie jedyny powód, przez który nie mogę wyjść.
- Podejrzewasz coś? – zapytałam ostrożnie. – Wiesz kto to był?
Kinga długo milczała. Wcale nie była zdziwiona tym, że wiem.

Kinga? Wena chyba wraca xD

Od Dekki CD Marceliny

- Skoro nalegasz... – Razem ruszyłyśmy w stronę Jaskini Wyroczni.
Zachowanie Marceliny było trochę dziwne. Chociaż... powinnam raczej powiedzieć zmienne. Czasem nie odzywała się w ogóle. Kiedy indziej mówiła bardzo dużo, w niektórych chwilach zupełnie bezsensu. Jednak nie przeszkadzało mi to. Każdy z nas jest inny. A ja mam dar, który pozwala mi poznać każdego.
Żadna z nas więcej się nie odzywała. Słychać było tylko chrzęst butów pod stopami oraz śpiew ptaków. To była przyjemna cisza, więc nie starałam się jej przerywać. Wiedziałam, że już nic nam nie grozi, ale zawsze miło mieć kogoś obok.
W końcu dotarłyśmy. Przed wejściem, jak zawsze, stał Strażnik. Dalej mogłam wejść tylko ja, chyba że Marcelina chciałaby wróżby, a w to szczerze wątpiłam. Zatrzymałam się więc.
- Dzięki za ratunek, wtedy w lesie – podziękowałam towarzyszce.
Uśmiechnęła się do mnie szeroko. Trzeba przyznać, że lubiłam tę dziewczynę. Była Demonem, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało.
- To była czysta przyjemność – powiedziała i odeszła w stronę centrum obozu.
Ja ruszyłam do swojej Jaskini. Dzisiaj już nic złego się nie wydarzy.

***

Sprzątałam swój pokój. A przynajmniej próbowałam. Wystarczyły dwa dni i już wszędzie walały się pajęczyny. Obskurne miejsce.
Gdy skończyłam, jak najprędzej wyszłam na zewnątrz. Okazało się, że ktoś już tam był. Poznałam Marcelinę. Wyglądała bardzo poważnie. Gdy tylko mnie zauważyła, podbiegła.
- Coś się stało? – zapytałam.
Szybko pokiwała głową. Zastanawiałam się o co może chodzić.

Marcelina? Przepraszam, że tak długo, ale coś się ostatnio dzieje z moją weną xD


sobota, 20 sierpnia 2016

Od Kingi CD Dekki

Potrzebowałam dłuższego spaceru, który pozwoli mi odetchnąć. Bądź co bądź, wiele się wydarzyło w tak krótkim czasie. Znam Dekkę zaledwie parę dni, a już tak wiele mnie z nią łączy. Czuję, że powoli nasze więzi są coraz silniejsze. Nadal niestety nie potrafię określić czy to dobrze czy źle.
Idąc, czułam przyjemny zapach. Nie mogłam zlokalizować skąd jest i co to takiego, jednak mój nos odczuwał go przez całą drogę. Wchodząc do sklepu, zaczęłam się rozglądać. Tak na wszelki wypadek.
Byłam sama, więc ruszyłam do wybierania potrzebnych mi produktów.
Do koszyka tradycyjnie wrzuciłam chleb, masło, mleko, płatki, dżem, jakieś słodycze oraz picie. W kasie zapłaciłam i powoli wyszłam z budynku. Coś mi jednak nie pasowało. Osoba, która odebrała ode mnie pieniądze była dziwnie uśmiechnięta. Drugą podejrzaną rzeczą było to, że sklepikarz nigdy nie oddawał swojego biznesu pod rękę nawet bliskich. Zawsze osobiście mi dziękował i zapraszał ponownie. Założyłam kaptur i szybkim krokiem ruszyłam do domu. Wolałam nie ingerować za bardzo w te sprawy. Nie chcę się już mieszać. Kiedyś może i bym dochodziła o co w tym chodzi, ale nie dziś.
- Lepiej bądź ostrożna - usłyszałam, przyjemny męski głos. Jednocześnie poczułam, że ktoś delikatnie obejmuje mnie w tali, a potem znika. Odwróciłam się, ale było za późno, abym mogła zobaczyć oprawcę. Zacisnęłam mocniej zęby, czułam ten sam zapach. Teraz już wiedziałam czym on jest - to było męskie ciało. Nie perfumy, zapach prawdziwego faceta.
- Spie*dalaj - szepnęłam, przez zaciśniętą szczękę.

* * *

Weszłam do domu, jeszcze raz oglądając się za siebie. Nikogo nie było, zapach również znikł.
- Jestem - krzyknęłam, wchodząc do pokoju. Dekka powitała mnie swoim ciepłym uśmiechem. - Wzięłam Ci czekoladę oraz kilka batoników.
- Ale ja nie mogę ich jeść - zaczęła, robiąc krzywą minę i patrząc z politowaniem.
- No co ty - zaśmiałam się. - Nic tak nie pomaga jak czekolada.
Wyciągnęłam ową rzecz z torby i podałam dziewczynie.
- Nie mogę - nie chciała wziąć. Rzuciłam czekoladą w dziewczynę i poszłam do kuchni, rozpakować resztę rzeczy. Po chwili wyjrzałam zza drzwi i zobaczyłam, że Dekka jednak skusiła się na coś słodkiego.
- Wiedziałam, że i tak zjesz - zaśmiałam się.
- Bo ona tak na mnie patrzyła - przygryzła dolną wargę, a po chwili zaczęła się głośno śmiać. Usiadłam na fotelu i również poczęstowałam się słodkościami. Obie siedziałyśmy i jadłyśmy, śmiejąc się nie wiadomo z czego.
Cholerka, zaczynam się do niej przywiązywać.

Dekka? Nic się nie dzieje XD Jakoś przeżyję, ale wiesz... Nie długo tak dam radę XDD

czwartek, 18 sierpnia 2016

Od Dekki CD Kingi

Gdy usłyszałam tę wiadomość, prawie zakrztusiłam się zupą. Jakoś nie przyszło mi wcześniej do głowy, żeby sprawdzić tego gościa.
- On jest Wampirem? - Pokiwała głową. – I nie wiesz czy go zabiłaś?
- Nie jestem pewna, spieszyłam się – tłumaczyła się.
Przerwałam jej machnięciem dłoni.
- Jeżeli żyje o będziemy miały problem – wytłumaczyłam. - Wampiry są pamiętliwe, tym bardziej, że zabiłyśmy jego córkę. Jednak uważam, że na tę chwilę, nie mamy się czym martwić. Przecież mocno go zraniłaś. Trochę zajmie mu dojście do siebie.
Kinga w zamyśleniu pokiwała głową. Mi nic nie groziło. Gdyby zachciało mu się zaatakować mnie, jak już będę w obozie, sam naraziłby się na niebezpieczeństwo. Gorzej z Kingą. Może dałaby radę uciec, jednak, co potem? Gdzie się schroni? Może ma jakieś swoje miejsce, ale samotność to wciąż samotność.
Z moich myśli wydostał mnie głos Kingi.
- Też tak uważam – oznajmiła. Spojrzałam na nią lekko zdezorientowana. – Że nic nam nie grozi. Taka kuracja może mu zająć nawet miesiąc. W końcu potrafię walczyć. – Ostatnie zdanie wypowiedziała z dumą w głosie.
Uśmiechnęłam się. Doskonale wiedziałam jak wygląda Kinga w akcji. Wszystkie tego typu misje dawały jej sporo satysfakcji. Trzeba przyznać, że mi również.

* * *

Był już wieczór. Cały dzień przeleżałam na kanapie w salonie. Chciałam wstać, na coś się nadać, ale gdy tylko próbowałam,  znikąd pojawiała się rudowłosa. Tak też się stało i tym razem. Już wstawałam, prawie podchodziłam do okna i w tym momencie usłyszałam:
- Siadaj albo sama cię usadzę – stanowczy głos Kingi przywrócił mnie do porządku.
Usiadłam z powrotem na kanapie i spojrzałam na nią lekko zła.
- Ty masz jakiś szósty zmysł czy co? – zapytałam.
- Tak, przejęłam go po tobie – odparła z sarkazmem. – Po prostu idę do sklepu. Chcesz coś?
Pokręciłam głową. Śledziłam wzrokiem poczynania towarzyszki. Założyła buty i kurtkę. Oczywiście wszystko czarne. Potem odwróciła się w moją stronę.
- I nawet nie próbuje wstawać – pogroziła mi.
- Oczywiście – westchnęłam.
Zadowolona z siebie Łowczyni, otworzyła drzwi i ruszyła w mrok.

Kinga? Ja wiem, że krótko. Ja wiem, że długo czekałaś. Ale tak wyszło xD

Od Marceliny CD Jace'a

Kolejny dzień z mojej perspektywy był świetny. Słońce, które swoim blaskiem oślepiały każdego, zero chmur na niebie, które by oznaczały jakiekolwiek krople deszczu, zimny aczkolwiek lekki wiaterek, który powiewał znad wschodu i porywał moje ubranie i włosy na zachód. Taki mały opis tego dnia. Nie mogę też pominąć tych ćwierkających ptaków z lasu, które tworzyły piękna melodię. Przynajmniej dla moich uszu.
Oparłam się o ramę na schodach i z zamkniętymi oczami wsłuchiwałam się w to, co mogłam usłyszeć. Czyli pąki, szum liści, gwizd wiatru. Lubiłam taki spokój. Nagle wyczułam jakąś nieznaną mi woń. Otworzyłam raptownie oczy i się rozejrzałam. Przy domku dalej stał wysoki, dobrze zbudowany blondyn i długich, rozpuszczonych włosach jak u dziewczyny mężczyzna, zapewne ode mnie starszy. Od razu coś mnie ruszyło w środku i krzyknęłam do niego zwykłe „Ej”, ale on mnie nie zobaczył, ani nie usłyszał. Przewróciłam oczami i zeskoczyłam ze schodów od razu na ziemię. Podeszłam do niego żwawym krokiem. Stanęłam za jego plecami. Jakaś część mnie chciała go poznać. W końcu jedyną osobą jaką tutaj znam, to Dekka. Nikt więcej, bo wiedzą, że jestem demonem i praktycznie się zapewne mnie boją. Nic więcej. Chociaż nie. Niektórzy już widzieli mnie po przemianie jak zabijałam. To też druga sprawa, ale nie ważne.
- Ekchem.
Lekko pochyliłam się do przodu łapiąc się za ręce z tyłu. Chłopak automatycznie się odwrócił w moją stronę. Miał śliczne błękitne oczka... i w tej chwili moja demoniczna część zachciała je zszyć. Fajne mam myśli, prawda? Patrzył na mnie nieco zdziwiony, aż w końcu jego twarz stałą się obojętna.
- Jestem Marcelina, ale mówią mi Narcyz - wyprostowałam się i posłałam mu radosny uśmiech. - Jesteś tu nowy? Nie widziałam cię tutaj nigdy, ale nie wiem, czy to może dlatego, że rzadko zwracam uwagę na innych - jak zawsze musiałam się rozgadać.
Wyciągnęłam w jego stronę z chęcią dłoń.
- A ty jak się nazywasz? - lekko przechyliłam głowę w bok.
Chłopak stał tak wmurowany w ziemię, jakby nie wiedział co się dzieje.
- Jace - uścisnął niepewnie moją doń, jakby z lekką niechęcią. Ponownie schowałam ją za plecy.
- Masz ciekawe imię - stwierdziłam. - Pierwszy raz takie słyszę, ale jakoś pasuje do ciebie. To pewnie przez te długie blond włosy. Z tyłu trochę przypominają dziewczyńskie - i znowu się rozgadałam. Gadałam bez sensu, w ogóle nie myśląc o tym, co właśnie mówiłam. - Mieszkam tylko domek stąd i zauważyłam cię jak stałam na schodach. Przyszłam się przywitać, bo chyba tak wypada, jak masz nowego sąsiada - a usta mi się dalej nie zamykały.
Gdy zdałam sobie sprawę, że znowu gadam i gadam nie dając mu dojść do słowa, zamilkłam.
- Wybacz - uśmiechnęłam się niewinnie. - Czasem się rozgadam. Jeśli ci to przeszkadza, mogę się zamknąć. - Nawet wypowiadając to zdanie z mojej twarzy nie znikał ten cholerny uśmiech, jakby ktoś mi go przyszył na zawsze. Jace patrzył na mnie obojętnym, aczkolwiek trochę zdziwionym wzrokiem.
Tak, wiele razy tak się rozgadywałam. Zazwyczaj się albo mną od razu nudzili gdy mnie poznawali, albo nie mogli mnie już po prostu słuchać i mnie płoszyli. Znaczy dawali mi do zrozumienia, że nie mają ochoty mnie słuchać. Niektórzy robili to delikatnie, a inni prostu z mostu. Nie zależnie od słów, czynów, liczby odtrąceń, nie mogłam się nigdy przestać uśmiechać przy innych. Aż dziwne, że nie łapie mnie skurcz. Stało się to tylko dwa razy, gdy okazało się, że uśmiechałam się przez sen. Z tego co pamiętam miałam jakiś miły sen i tyle. Dla demona zwyczajny ludzki sen to coś niezwykłego, gdyż zazwyczaj witają mnie same koszmary. Ale przyzwyczaiłam się do nich i jest mi już obojętne co mi się śni.
I znowu się rozgadałam...
Stałam tak wyprostowana z rękoma za plecami i wpatrzona w Jace. Czekałam cierpliwie na jego odpowiedź, która dość długo nie nadchodziła. Jakby ciągle myślał nad odpowiedzią, albo próbował dalej zrozumieć moje szybkie i bezsensowne gadanie. Tak. Gadam nie tylko bezsensu, co mi ślina na język przyniesie, ale także bardzo szybko, aczkolwiek wyraźnie. Dzieje się tak tylko wtedy, gdy jestem radosna. A dzisiaj trafił mi się wspaniały dzień i po prostu chciałam go poznać. Nic więcej, często mam takie świetnie dni.

<Jace?>

Od Marceliny CD Dekki

Nowy dzień zapowiadał się całkiem dobrze. Lekkie zachmurzenie i słaby wiatr dawały mi ukojenie w snach. Ponieważ znowu zasnęłam pod drzewem, nie miałam żadnych koszmarów. Zaraz po odejściu od wczorajszego ogniska, poszłam na służbę. Miałam wyznaczoną tylko nocną zmianę, ale czasem lubię posiedzieć także i w dzień. A to tylko dlatego, że nie mam co innego ze sobą zrobić. A podczas pilnowania terenu, jestem sama ze swymi myślami. Tak jak teraz pod ogromną rośliną, która pięła się wysoko ku niebu. Gałęzie zasłaniały mi słońce, trzymając moje całe ciało w cieniu. Nie było mi gorąco, lecz w sam raz. Po południowe słońce grzało mocno suchą ziemię, tak więc gdy owa żółta kula się schowała za białymi chmurami, czułam ulgę. Mogłam swobodnie się wylegiwać w cieniu, z piata już kanapką w dłoni.
Przemierzałam las z rewolwerem pod kurtką. Ta broń mi wystarczała całkowicie, gdyż i tak sama byłam demonem, tak więc nic mi nie zagrażało. Tak samo mojemu otoczeniu, ale do czasu. Wyczułam czyjąś obecność. Słyszałam szalone bicie czyjegoś serca, jak i powolne skradanie się. Czułam powolny oddech... Łowcy. Tak, to zdecydowanie był Łowca. Ze zwykłego spacerku przeszłam do szybkiego biegu, aczkolwiek cichego. Unikałam gałęzi, kałuż i błota, aby nie narobić tylko niepotrzebnego hałasu. Przemierzałam w ten sposób las i z każdym susem oddech stawał się wyraźniejszy. Tak to jest być demonem, jak i poczuć naturę. W końcu przystanęłam, chowając się na drzewie. Zauważyłam niskiego mężczyznę z pistoletem w dłoni. Był ubrany na czarno, miał także chustę na twarzy. Widziałam tylko jego oczy. Kucnął za krzewem i podniósł swoją broń. Zaczął celować. Drzewa zasłaniały mi tą osobę. Była to zapewne kobieta, gdyż wiatr powiewał jej sukienką jak flagą w dzień niepodległości. Gdy zaczął pomału naciskać spust, zeskoczyłam z drzewa i wytwarzając miecz z krwi, znalazłam się tuż obok łowcy. Za nim zdążył wystrzelić pocisk w kierunku przedstawiciela jakiejś rasy, obcięłam mu rękę. Cały las ogarnął jego krzyk, który zakończył się po wbiciu mu miecza w brzuch. Z ust wypłynęła mu krew, a ja byłam już pewna, że Łowca nie odbierze życia żadnemu z nas. Ale nie mogę tracić czujności. Mógł ze sobą kogoś przyprowadzić, skąd mogę wiedzieć, że za chwilę nie wystrzeli we mnie jakaś nowa osoba? Ale tak się nie stało. Wyjęłam miecz, tym samym wchłaniając krew do swojego ciała. Miecz zniknął, a ja patrzyłam z radością na ciało. Nieświadomie zatańczyłam swój taniec zwycięstwa.
- I kto tu jest zwycięzcą? - zaśmiałam się patrząc prosto w twarz martwemu mężczyźnie. Jego dłoń była za mną i trzymała pistolet, który po chwili stał się moja własnością. Schowałam go pod bluzę, po czym kucnęłam i zaczęłam przeszukiwać jego kieszenie. Podczas tego zajęcia przypomniałam sobie o dziewczynie, w którą martwy osobnik wcześniej celował. Odwróciłam się i zobaczyłam Dekkę. Stała w sukience i z lekkim uśmiechem na twarzy.
- Cześć - przywitałam się, po czym wróciłam do poprzedniego zajęcia, szybko tracąc zainteresowanie dziewczyną.
- Cześć - odpowiedziała i podeszła do mnie. Stanęła obok i przyglądała się moim poczynaniom. - Szybka jesteś - pochwaliła mnie, a ja zaśmiałam się.
- Dzięki - z kieszeni wyciągnęłam prezerwatywy. Najpierw na nie spojrzałam, sprawdziłam, czy opakowanie nie jest uszkodzone, po czym schowałam je do swojego ubrania.
- Masz chłopaka? - zapytała Dekka po schowaniu przedmiotu.
- No co ty - ponownie się zaśmiałam i znowu włożyłam rękę do kieszeni, ale tym razem do tej w spodniach. - Ale za kilka lat mogą mi się przydać. Może - dodałam i wyciągnęłam paczkę z zapałkami. Gdy ją otworzyłam, niczego tam nie było, więc wyrzuciłam przedmiot za siebie.
- Pomóc ci? - zaproponowała, ale ja tylko wstałam.
- Już nie trzeba. Jedynie miał przydatny pistolet i prezerwatywy - odparłam.
Popatrzyłam chwilę na martwe ciało, po czym przestałam się nim całkowicie interesować. Wróciłam wzrokiem do dziewczyny, która także patrzyła na nieboszczyka.
- Tak w ogóle, to byłaś na jakimś spacerze? Na początku w ogóle cię nie poznałam - ponownie interesuje się Dekką całkowicie zapominając o tym całym zajściu.
- Właśnie wracam do domu - na jej twarzy dalej malował się uśmiech.
- Potowarzyszę ci, ok? Służbę mam tylko nocą, a przy okazji dopilnuję, abyś dotarła żywa - zaproponowałam.

<Dekka? Nie umieraj>

Powtórzenie ~.~

Dekki nadal nie ma... jeśli odpisuje to odpisuje na telefonie, gdzie ciężko jest jej wstawić opowiadanie, więc ona musi wysyłać mi, więc i tak ja wstawiam. Więc powtórzę wysyłacie mi (lekko zdenerwowana)
Pozdrawiam Katfrin.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Od Kingi CD Dekki

Westchnęłam, podkurczając nogi pod siebie.
- Dobre pytanie - potarłam ramię. - Szczerze? Nie wiem.
- Ważne, że nikt się o nas nie dowie - Dekka przełknęła zupę. Przytaknęłam jej i lekko wygięłam kąciki ust uśmiech.
W powietrzu było jednak czuć coś niepokojącego. Nie potrafiłam tego wytłumaczyć. Kolo również zaczął się niespokojnie ruszać i wiercić.
- Wydaje mi się, że to jednak nie jest koniec - szepnęłam, bardziej do siebie niż do towarzyszki, jednak ta mi przytaknęła.
- Co masz na myśli? - dopytała.
- Sama nie wiem. Nie czujesz tego? - uniosłam brew, patrząc na dziewczynę.
- Jasne, że tak - odpowiedziała, jakby karcącym mnie głosem. Zaśmiałam się cicho. - Nie ma się z czego śmiać.
- Spokojnie, tutaj jesteśmy bezpieczne - wzruszyłam ramionami. - Jest tutaj pełno ukrytych przejść, uciekniemy gdybyśmy widziały, że nie damy radę.
Oparłam się wygodniej o sofę i zamknęłam oczy.
- Lepiej się już czujesz? - zdziwiło mnie pytanie Dekki. To raczej ja powinnam o to pytać.
- Nie rozumiem, w jakim sensie? - otworzyłam oczy, wpatrując się w brunetkę.
- No wiesz, wtedy przy Rebece widziałam, że się wahałaś - uśmiechnęła się, chyba lekko zakłopotana. Machnęłam ręką.
- Masz rację, na początku nie mogłam tego zrobić. Ale potem mi przeszło - zaśmiałam się, wspominając przeszłość. - Swoją drogą. dzięki.
- Za co? - zdziwiła się.
- Gdyby nie twój refleks, pewnie obie leżałybyśmy martwe. Albo przynajmniej ja, wydaje mi się, że do Ciebie nic nie miała. Powiem Ci mały sekret, mogę?
Wykręciłam głowę i uniosłam brwi w zapytaniu.
- Jeszcze pytasz? - zaśmiała się przyjacielsko.
- Rebeka sama była nadnaturalną. Może nie tak do końca, ale jej ojcem był wampir. Ciekawe czy dalej żyje... - zamyśliłam się, jednocześnie wyczekując reakcji Dekki.

Dekka?<Wybacz, że tak długo czekałaś, ale jakoś tak brak czasu i wgl. ;-; Proszę o wybaczenie XD >

wtorek, 9 sierpnia 2016

Od Jace'a

Ze znudzoną miną obserwowałem plamy światła, tańczące po ścianie mojego pokoju. Która godzina? Pewnie od dawna powinienem robić coś pożytecznego razem z resztą obozu.
Rozejrzałem się po pokoju, uświadamiając sobie, że wkrótce będę musiał tu posprzątać. Westchnąłem cicho. Od niedawna życie w obozie przypominało mi spokojne życie 80-cio latka.
Wstać, zrobić kilka ćwiczeń, ogarnąć się, wyjść, aby zająć się swoimi codziennymi zajęciami. Praktycznie każdy dzień przedstawiał mi ten sam schemat, nie pozwalając na jakiekolwiek wyrwanie się z rutyny. Może tak odtąd już zawsze będzie wyglądało moje życie? Może będzie tylko zlepkiem prostych sekwencji, które będę wykonywał każdego dnia od nowa? I może każdego dnia, tak jak dzisiaj będę czekał na jakąś zmianę, która nigdy nie nadejdzie? Oczywiście nie miałem nic przeciwko bezpieczeństwu i wolności od Łowców, które na razie zapewniał nam obóz. Czasami jednak... Z całego serca nienawidziłem tego miejsca. Czy życie w ten sposób naprawdę jest lepsze od śmierci?
Potrząsnąłem głową, starając się pozbyć natrętnych, czarnych myśli. Plamy światła, nagle zaczęły mnie strasznie irytować, a słońce, które do niedawna przyjemnie grzało mi plecy, teraz stało się nieprzyjemnie gorące, sprawiając, że na moim karku pojawiły się krople potu.
Zirytowany podniosłem się z łóżka i niewiele myśląc podszedłem do drzwi.
- Chyba czas na małe wagary. - powiedziałem cicho, sam do siebie, wychodząc.

***
Powoli kroczyłem po miękkiej leśnej ściółce w nawet wyroczniom nieznanym kierunku. Przed wyjściem myślałem, że może uda mi się podejść jakąś sarnę, na której mógłbym wypróbować moją moc, teraz jednak wolałem chociaż na chwilę odepchnąć ideę ćwiczeń na drugi plan. Z resztą. Do tej pory potrafiłem poradzić sobie bez (zapewne fatalnego w skutkach) użycia mojej mocy.
Moja moc. Prychnąłem pogardliwie, płosząc jakiegoś ptaka, siedzącego na gałęzi wyżej.
Przekształcanie wspomnień. Mentalne czary-mary. W teorii brzmi fajnie. Za tym hasłem kryje się przecież wiele wiele więcej! Teoria mówi, że potrafię zmieniać lub usuwać z pamięci poszczególne wydarzenia, uczucia, a nawet osoby. Potrafię sprawić żeby ktoś zapomniał całe zło, jakie doświadczył na tym świecie...Lub sprawić, aby myślał, że doświadczył owego zła.
W praktyce znalezienie odpowiednich wspomnień, które zamierzałem usunąć wyglądało mniej więcej tak, jak szukanie odpowiednich ziarenek piasku na plaży....Natomiast usunięcie tych złych mogło spowodować wiele niepożądanych konsekwencji...
A usunięcie wszystkich? Czy wówczas zniszczyłbym wszystkie wspomnienia danej osoby? Czy potrafiłbym je zwrócić?
Przelotnie uświadomiłem sobie, że wcale nie czuję się lepiej, a gdyby ktokolwiek usłyszałby teraz moje myśli z pewnością uznałby mnie za osobę psychicznie chorą. Myśl ta jednak odpłynęła, równie szybko jak się pojawiła, pozwalając mi kontynuować moje wielce interesujące rozważania.
A więc...Moc? Tak. Moja moc. Choć w teorii fajna, była bardzo ryzykowna, pełna niewiadomych. Jak mógłbym narazić na jej niekontrolowane działanie któregokolwiek z obozowiczów? Natomiast, aby moje działania były skontrolowane, musiałbym najpierw to zrobić.
Dlatego od kilku miesięcy nie brałem udziału w tych śmiesznych ćwiczeniach, które niby to miały pomóc mi w okiełznaniu moich zdolości. Ćwiczyłem na własną rękę, bawiąc się umysłami zwierząt. Szybko zorientowałem się, że sarny, lisy lub dziki mają zupełnie inny sposób zapamiętywania. Wspomnienia zwierząt są znacznie gorzej zorganizowane, niż ludzkie. Przeważają w nich dźwięki, obrazy i kolory. Nieposkładane plamy świateł, przeciekające między placami.
Trzeba jednak przyznać, że coraz łatwiej wyodrębniam i odczytuję poszczególne wspomnienia. Można powiedzieć, że zacząłem robić więc niewielkie, acz widoczne postępy.
Moje przemyślenia przerwała woda, która z nieprzyjemnym chlupotem wlała się do mojego buta.
- Brawo Jace. Udało ci się znaleźć kałużę - powiedziałem do siebie pozwalając, aby moje słowa rozeszły się echem po lesie.
Niezadowolony, wyciągnąłem nogę z zimnej, błotnistej brei i zdjąłem przemoczony but. Przez chwilę w zamyśleniu obserwowałem mokrą skarpetkę w mojej ręce, po czym zdjąłem również drugiego buta, z zamiarem kontynuowania mojej wyrywającej z rutyny podróży na boso.
Wyrywającej z rutyny? Czułem się, jakbym właśnie samodzielnie pozbawił się chęci do życia.
Rozejrzałem się, nie pewny w którą stronę powinienem się udać. Znałem drogę do obozu, ale czy naprawdę chciałem tam wracać?
Z drugiej strony... Właśnie zrozumiałem głupotę mojego planu. Włóczenie się po lesie przez cały dzień nagle przestało prezentować się jako ciekawy pomysł,a przekształciło się w głupawy, nieprzemyślany kaprys.
Okazało się, że nostalgiczne wyprawy do lasu, raczej nie są moimi ulubionymi zajęciami. Poza tym... Wcale nie udało mi się pokonać paskudnego uczucia beznadziejności, towarzyszącego mi od dzisiejszego poranka.
Z cichym westchnieniem odwróciłem się na pięcie, zerkając z niezadowoleniem, na błyszczącą w słońcu kałużę. Powoli, ruszyłem w stronę obozu, po raz kolejny zatapiając się w bezsensownym rozmyślaniu na temat mojej sytuacji życiowej i egzystencji.
***
Igły i szyszki wbijały mi się w stopy, ale nie sprawiały mi większego bólu.
-Ból to pojęcie względne - szepnąłem sam do siebie, mimowolnie dotykając swoich pleców.
Zdawało się, że byłem już blisko obozu. Do moich uszu doszedł codzienny gwar, obozowiczów. Sarkastycznie zastanowiłem się jakim cudem nie mają oni tak egzystencjalnych "problemów" jak moje.
-Carpe that fucking diem i do przodu - westchnąłem, przyspieszając tempo. Wkrótce powinienem zobaczyć pierwsze domki. W tym mój. Wymownie spojrzałem na przemoczone buty. Chyba gdzieś w szafie trzymałem jakąś zapasową parę.
-Ekchem - usłyszałem ze swojej lewej strony, błyskawicznie odwracając się w stronę dźwięku
~Ktokolwiek chciałby dokończyć moje nieposkładane wypociny?

Od Dekki CD Kingi

Stracenie przytomności, to najlepsze co może się pojawić, gdy czujesz ból, niczym z piekieł. Płyniesz i płyniesz, wszystko co tam jest, cię nie interesuje.
Ale kiedyś trzeba się obudzić.
Powoli otworzyłam oczy. Już na wstępie poczułam przenikliwy ból, gdzieś w okolicy uda. Sięgnęłam tam ręką i poczułam pod opuszkami palców materiał. Podniosłam się do pozycji siedzącej. Moim oczom ukazał się bandaż. Wręcz lśnił czystością, więc musiał go ktoś niedawno zmienić. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, w którym się znajdowałam. Znajdowałam się w dobrze znanym mi salonie. Czyli to Kinga się mną zajęła. Od razu gdy sobie to uświadomiłam, zaczęła do mnie napływać fala wspomnień.
Dwóch zabitych strażników. Jeden związany. Kamery. Rebeka. No właśnie, ciekawe co się z nią stało. Musiałam o to zapytać Kingi.
Powoli przeniosłam swoją stopę, ustawiając ją na podłodze. Z tą zdrową nie miałam problemu. Teraz wystarczyło wziąć się w garść i wstać. Bałam się, że jak upadnę, to nie wstanę.
- Siedź, nie ruszają się – usłyszałam za sobą głos Łowczyni. Odwróciłam głowę w jej stronę i szeroko się uśmiechnęłam. Sama nie wiem dlaczego. Po prostu cieszyłam się, że żyje i jest cała.
- Jasne... – przesunęłam się w głąb kanapy i oparłam się wygodnie.
- Jak noga? – zapytała Kinga, podchodząc do mnie.
- Boli, ale jest już lepiej – oznajmiłam i wzięłam głęboki wdech – Co się wczoraj wydarzyło, gdy zemdlałam? – Kinga spuściła wzrok. Nie trwało to jednak długo, po chwili znów spojrzała mi w oczy. Ujrzałam w nich starannie wykreowaną, obojętność.
- Rebekę zabiłam, a ciebie zaniosłam tutaj – powiedziała beznamiętnym tonem. Po chwili wstała i ruszyła w stronę kuchni. Na progu się zatrzymała i odwróciła w moją stronę. – Jesteś głodna? – zapytała. Pokiwałam głową, a dziewczyna zniknęła za drzwiami. Usłyszałam krzątaninę naczyń oraz sztućców. Długo nie musiałam czekać, bo zaledwie po kilku minutach, Kinga wyłoniła się i postawiła mi na stoliku zupę.
- Dzięki – rzekłam i zaczęłam jeść. – A tak w ogóle to jak długo spalam? – zadałam jedno z ostatnich pytań.
- Zaledwie dzień, gojenie rany nie potrwa długo, więc jeszcze kilka dni i będziesz wolna – wytłumaczyła mi. Popatrzyłam na dziewczynę wytrzeszczonymi oczami. Dla mnie to było dużo czasu, tym bardziej, że jestem Wyrocznią. Ale w tym stanie tam nie dojdę.
- To co teraz? – czułam się lekko skołowana faktem, że już po wszystkim. Udało się nam zdobyć to co chciałyśmy, czyli sukces, ale czułam coś w powietrzu. Coś niepokojącego.

Kinga? XD

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Od Alexandry CD Sylvaina, Aarona

Wróciłam do domu, żeby trochę odpocząć. Wolałam nie męczyć teraz Sylv'a i żeby wszystko przemyślał sobie w spokoju.

***

Kolejnego dnia musiałam iść na zmianę opatrunków, jednak jakoś bardzo mi się tam nie śpieszyło. Dopiero wieczorem ruszyłam spokojnym krokiem w stronę szpitala, który znajduje się na obrzeżach obozu. Im bliżej byłam, tym miałam złe przeczucia. W pewnym momencie usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła. Ruszyłam biegiem w tamtym kierunku. Całkiem szybko dotarłam na miejsce. Dym wydobywał się z powybijanych okien, a ze środka dochodziły krzyki.
- Chol*ra. – Warknęłam, starając się otworzyć zabarykadowane drzwi. Nie mogłam złapać klamki, która była już zbytnio rozgrzana. Starałam się je jakoś wyważyć. Po kilku próbach drzwi uległy, a ja mogłam dostać się do środka. Zdjęłam bluzę i zakrywając nią twarz weszłam do budynku. Od razu skierowałam się do rejestracji, skąd dochodziły krzyki. Za biurkiem leżała elfka, która była przygnieciona przez belkę. Wspólnie udało nam się oswobodzić dziewczynę. Pomogłam jej wstać i zaprowadziłam na zewnątrz. Szatynka usiadła pod drzewem, a ja wróciłam do środka. Kilka osób wyszło o własnych siłach.
-Halo! Jest tu kto?!- Krzyknęłam, odsłaniając usta na chwile. Moment wystarczył, żeby do moich płuc wdarł się dym. Zaczęłam się krztusić, jednak krzyknęłam jeszcze kilkukrotnie. Z sufitu leciało coraz więcej elementów. Miałam już uciekać kiedy usłyszałam czyjeś wołanie. Trudno było mi oszacować skąd dochodzi. Przeszukiwałam kolejne pomieszczenia, aż dotarłam do gabinetu Aarona. W progu dostrzegłam jakąś leżącą sylwetkę, kiedy znalazłam się bliżej rozpoznałam w niej Sylvain'a. Uklękłam przy nim i starałam się go ocucić. Chłopak kaszlnął kilkukrotnie i otworzył oczy. Pomogłam mu wstać i zaczęliśmy iść do wyjścia. Blondyn słaniał się na nogach, kiedy wreszcie udało nam się wydostać. Pomogłam mu usiąść pod drzewem z dala od dymu.
- A...Aaron-tam-zo-stał. - Chłopak ledwo wydusił z siebie słowa. Zaklęłam cicho pod nosem patrząc na budynek, który ledwo się jeszcze trzymał.
- Jak mus to mus. – Pomyślałam, kierując się ponownie do budynku. Przedzierając się przez poprzewracane meble i szczątki lecące z sufitu. Było ciemno przez dym, a jedynym źródłem światła były płomienie, które powoli trawiły ściany. Nie wiem ile czasu minęło, ale udało mi się wreszcie dotrzeć do odpowiedniego gabinetu. Rozejrzałam się dookoła jednak nigdzie nie widziałam chłopaka. Powoli brakowało mi tchu, a oczy szczypały od dymu.
- Gdzie jesteś .- Myślałam gorączkowo, szukając Aarona. Nagle zauważyłam go po drugiej stronie pomieszczenia. Oddzielał nas pas ognia. Podeszłam na tyle blisko, że czułam jak płomienie prawie muskają moją skórę. Myślałam gorączkowo jak przedostać się na drugą stronę. Fakt, że dach zaczął niepokojąco skrzypieć. Zacisnęłam mocno pieści, które otoczyły błękitne płomienie.

 https://67.media.tumblr.com/496c60e99be2b40c37e1c3bf6935d5b4/tumblr_n30quu2aN21t3xwkho1_400.gif


Wyciągnęłam dłoń w stronę ognia, który się rozstąpił. Szybko przeszłam na drugą stronę i podbiegłam do chłopaka. Jego klata unosiła się rzadko i dość płytko. Miałam mało czasu... Jakimś cudem udało mi się dźwignąć chłopaka na plecy i nieść w stronę wyjścia. Złapałam jeszcze dużą przenośną apteczkę. Ciężar na plecach dawał się we znaki, a dodatkowo nie mogłam złapać już oddechu. Z chłopakiem na plecach ciężko było omijać przeszkody, jednak jakoś się udawało. W pewnym momencie upadłam na kolana kaszląc, nie mogąc złapać tchu.
- Już nie daleko. - Powtarzałam sobie w myślach, wpatrując się w jasny punkt, który oznaczał tylko jedno... wyjście. Wstałam chwiejąc się na nogach i ruszyłam w stronę upragnionego powietrza. Wreszcie udało mi się wydostać. Oddaliłam się z chłopakiem na bezpieczną odległość. Położyłam go na ziemi, a obok mnie pojawił się Sylv.
- Co mu jest? - Zapytał ze łzami w oczach.
- Domyśl się. – Warknęłam, wyjmując z apteczki maskę połączoną z butlą z tlenem. Założyłam ją chłopakowi na twarz. Złapałam go za rękę starając się wyczuć puls. Wyjęłam strzykawkę z adrenaliną i wstrzyknęłam zawartość Aaronowi. Cały czas kasłałam nie mogąc złapać oddechu. Sylv siedział obok ciemnowłosego.
- Budzi się. - Szepnął, a ja ponownie uklękłam obok Anioła. Blondyn odsunął się na chwilę, a ja sprawdziłam puls i liczbę oddechów.
- Leż na razie. - Powiedziałam, kiedy szatyn chciał się podnieść. Nachyliłam się nad nim.
- Ja chociaż nie żałuje, że ci pomogłam. Jesteśmy kwita. - Szepnęłam mu do ucha i wstałam. Sylv złapał Anioła za rękę.
- Nie dotykaj mnie. - Warknął Aaron, wyszarpując dłoń.
- Przestańcie zachowywać się jak baby z okresem! – Krzyknęłam, patrząc to na jednego, to na drugiego. Pokręciłam z zażenowaniem głową i odeszłam kawałek dalej. Usiadłam pod drzewem i starałam się uspokoić oddech, który nadal był nie wymiarowy. Kaszel ciągle mnie męczył, przez co trudno było mi złapać oddech.

Aaron? Sylv?

Od Kingi CD Dekki

Czułam się jak w jakimś amoku. Rebeka to już nie była ta sama dziewczyna, prawdziwa Rebeka dawno umarła. Na jej miejsce weszła całkowicie obca osoba.
Wszystko działo się tak szybko, że nie potrafiłam powiedzieć co dokładnie właśnie się wydarzyło. Widziałam tylko jak Dekka traci przytomność, a Rebeka upada. Podbiegłam do mojej towarzyszki, szybko sprawdzając puls. Był coraz słabszy, nie miałam czasu do stracenia. Zdjęłam swoją koszulkę i mocno związałam nad raną. Na korytarzu widziałam apteczkę, do której teraz jak najszybciej pobiegłam. Zabrałam z niego nożyczki, bandaż, gaziki i coś do odkażenia oraz specjalną igłę z nicią. Jako łowca musiałam umieć opatrywać wszelkiego rodzaju rany, jednak nie sądziłam, że kiedyś taką wiedzę wykorzystam. Przesunęłam nieco Dekkę, oddalając się od Rebeki i rozpoczęłam zabieg.

* * *

Nie wiem ile to wszystko trwało, ale udało mi się zaszyć ranę i zatamować krwawienie. Dekka nadal była nieprzytomna, ale jej puls i oddech wrócił do normalnego stanu.
Ja siedziałam oparta o ścianę i głęboko oddychałam, patrząc na półmartwą Rebekę. Po chwili wstałam i podeszłam do dziewczyny, która popatrzyła na mnie załzawionymi oczami. Westchnęłam i przykucnęłam.
- Po co Ci to było? - szepnęłam, wyciągając katanę. Wszelki ból i smutek minął, czułam się gotowa.
- Kiedyś i tak ludzie się dowiedzą - wysapała, resztkami sił. Przytaknęłam jej i przyłożyłam broń pod jej gardło. Zamknęłam oczy, zwiększając nacisk. Poczułam tylko jak miecz lekko się wsuwa w ciało dziewczyny, a potem jej ciepłą krew, która trysnęła mi na twarz.
W końcu zdołałam pogodzić się z wszelkimi problemami z przeszłości. Oraz zakończyć łączące mnie więzi z nieodpowiednimi ludźmi.

* * *

Dekka okazała się być ciężkim człowiekiem. Udało mi się donieść ją do domu, tak aby nikt nie zauważył, ale kosztowało mnie to wiele wysiłku. Zostanie u mnie dopóki nie odzyska przytomności.
- Co ty w sobie masz? - zapytałam cicho, kładąc się na fotelu obok kanapy Dekki. Nadal nie rozumiałam dlaczego przy niej jestem inna. Dzięki tej dziewczynie wiele się zmieniło...

Dekka? XD

Od Dekki CD Kingi

Rebeka chwyciła sztylet, leżący na szafce. Wiedziałam, że Kinga nie da rady jej zabić, dlatego ostateczny ruch należał do mnie.
I w tym momencie zdarzyło się coś czego się zupełnie nie spodziewałam.
W tym samym momencie, kiedy miałam się dowiedzieć co zrobi Rebeka, ona rzuciła swoim sztyletem prosto we mnie. A dokładniej w moje udo. Poczułam taki ból, którego jeszcze nigdy nie zaznałam. Osunęłam się po ścianie na podłogę. Przed oczami pojawiły mi się mroczki. Jednak starałam się to wszystko tłumić, żeby widzieć i słyszeć cokolwiek.
Kątem oka zauważyłam, jak Kinga przyciska Rebekę do ściany. Jednak na tyle lekko, by się nie udusiła. O czymś rozmawiały. Niestety ból uniemożliwiał mi usłyszenie wszystkiego dokładnie. Byłam prawie pewna, że gdybym widziała oczy Kingi, ujrzałabym w nich wahanie.
Spróbowałam się przekręcić, by oprzeć się na szafce, gdy w tylnej kieszeni spodni poczułam coś ostrego. Sztylet. Ostatni jaki miałam. Wiedziałam, że gdybym wyciągnęła ten z nogi, długo bym nie posyła.
Powoli i ostrożnie wyjęłam go z kieszeni. Żadna z dziewczyn tego nie zauważyła, były zbyt zajęte, a i tak moje ruchy kryła szafka. Teraz musiałam tylko trafić. No właśnie.
- Czemu tego nie zrobisz? Dlaczego mnie nie zabijesz? – usłyszałam jak prze mgłę, szydzący głos Rebeki. – Strach Cię obleciał? – zaczęła się głośno śmiać. Nie byłam w stanie wycelować sztyletu w tej pozycji. Były tylko dwa wyjścia. Albo ona się przekręci, albo ja. Musiałam czekać.
- Nie zmuszając mnie do tego – syknęła Kinga.
- Skoro tak...
Rebeka odepchnęła Łowczynię od siebie. Miała więcej siły niż by można się tego spodziewać. Kinga znalazła się tuż przede mną. Stała bokiem do mnie. Na jej twarzy malowała się istną furia. Próbowałam jej jakoś przekazać co ma robi, lecz mnie nie zauważyła.
Rebeka podeszła wolnym krokiem do Kingi. Widać, że jej się nie spieszyło.
- Jesteś taka żałosna. – pokręciła głową z dezaprobatą. To była moja szansa. Gdy tylko znalazła się ona przede mną, wychyliłam swoje obolałe ciało do przodu o wbiłam mój sztylet dokładnie w to samo miejsce, gdzie ona wcześniej mnie. Obie krzyknęłyśmy z bólu. Leżałam na podłodze i, coraz mniej świadoma, patrzyłam jak z mojej rany spływa czerwona ciecz.

Straciłam przytomność.

Kinga? XD

Od Kingi CD Yoongi

Obudziły mnie promienie słoneczne, które uporczywie "głaskały" moją twarz. Przekręciłam się na drugi bok, mrucząc coś pod nosem. Na prawdę nie lubiłam jak budzę się w ten sposób. Tym bardziej, że raz obudzona - nie usnę. Powoli przyjęłam pozycje siedzącą i mocno wygięłam się w łuk unosząc obie ręce. Moje ciało było jeszcze obolałe po wczorajszym treningu i na prawdę potrzebowało odpoczynku. Na całe szczęście dzisiejszy dzień należy tylko i wyłącznie do mnie. Nie zamierzam zajmować się misjami, albo czymkolwiek innym związanym z moją pracą.
- Tylko odpoczynek - wstałam, kierując się do łazienki, gdzie wzięłam szybki prysznic i lekko się podmalowałam. W samym ręczniku ruszyłam do garderoby, gdzie wybrałam czarne jeansy z dziurami na kolanach oraz czarny pół top. Pogoda na prawdę dopisywała, co mnie w pewnej formie cieszyło.
Po codziennej rutynie, zdecydowałam się na śniadanie. Dzisiejszą ofiarą padło mleko oraz czekoladowe płatki.

* Jakiś czas później *

Całe popołudnie spędziłam na kanapie, wpatrując się w sufit i prowadząc poważną rozmowę z Kolo. Dekka ostatnio nie miała czasu, a ja nie chciałam się narzucać. To nie w moim stylu, pchać się gdzieś na siłę.
Niestety w pewnym momencie odezwał się mój wygłodniały brzuch. Postanowiłam, że nie będę dzisiaj gotować, a udam się do restauracji,  bądź jakiegoś lepszego baru.
Tak też zrobiłam, a już po chwili doszłam do pierwszej lepszej kawiarni. Otworzyłam drzwi i powoli wślizgnęłam się do środka, uważnie oglądając otoczenie. Było tutaj trochę ludzi, a kelnerzy wyglądali na zmęczonych. Jednak nie zraziłam się tym za bardzo i wygodnie usiadłam przy stoliku.
- Co podać? - zapytał jeden z kelnerów. Spojrzałam na niego, przymrużając oczy. Jego uroda była Azjatycka, a włosy szarawo-niebieskie. Wygląd chłopaka bardzo mnie zaintrygował.
- A co polecacie? Byle coś bez mięsa - mruknęłam, cały czas jednak bacznie oglądając chłopaka.

Yoongi? Ja za to nie umiem pisać rozmowy zapoznawczej, także... Masz wolną rękę XD

Kolejny Nadnaturualny!

"Umierając jeszcze żyjemy."

 http://www.thefashionisto.com/wp-content/uploads/2014/03/emil-andersson-photos-008.jpg

piątek, 5 sierpnia 2016

Od Sylvaina CD Aarona, Alexandry

Od Sylvaina CD Aarona, Aleksandry
Byłem co raz bardziej zrezygnowany i zły. Jak wytłumaczyć cokolwiek osobie, która w ogóle nie chce ciebie słuchać?
Odwróciłem się w stronę Alex i gestem poprosiłem ją, aby wyszła. Dziewczyna kiwnęła głową i opuściła dom Aarona. Spojrzałem na chłopaka. Upatrywał się we mnie wściekły i zraniony. Podjąłem drugą próbę.
- Dasz mi w końcu wyjaśnić – zapytałem wręcz siląc się na zachowanie spokoju. Anioł dalej milczał. Westchnąłem i wyrzuciłem z siebie potok słów, mając ogromną nadzieję, że mi uwierzy. – Nic mnie nie łączy z Aleksandrą, zrozum to w końcu. Jest dla mnie jak siostra, najlepsza przyjaciółka. Na razie jest przybita, a ty dobrze wiesz, że nie lubię patrzeć jak ktoś cierpi. Bardzo mi na tobie zależy, ale jeżeli chcesz zniszczyć to co jest między nami swoją nieuzasadnioną zazdrością to proszę bardzo, już mnie tu nie ma. – odwróciłem się, nie mogąc się przy tym powstrzymać, by nie trzasnąć drzwiami.
Na zewnątrz czekała Alex. Siedziała na kamieniu i skubała trawę. Gdy mnie usłyszała przerwała swoją czynność i się na mnie spojrzała. Razem ruszyliśmy w stronę obozu. W ciszy. W upragnionej przeze mnie ciszy. Tylko chrzęszcząca pod naszymi stopami leśna ściółka.
Gdy tylko zobaczyłem zarys obozu, przyspieszyłem i najszybciej jak umiałem, pobiegłem do domu. Musiałem ochłonąć.

Aaron? Alex? Ile emocji xdd

Od Sylvaina CD Aarona

Gdy się obudziłem, chłopak dalej spał. Postanowiłem, że nie będę mu przeszkadzać. Pocałowałem go w czoło i zszedłem na dół. Byłem strasznie głodny, więc zrobiłem kanapki z tego co było dostępne w lodówce. Tym samym usłyszałem, że ktoś szybko zbiega po schodach. Trochę zdziwiony, odwróciłem się w tamtą stronę. Zobaczyłem Aarona, który niepewnie rozglądał się wokoło.
- Co Ci jest? – zapytałem lekko skołowany. Ciemnowłosy gdy mnie zauważył, uśmiechnął się trochę zmieszany.
- Już nic – mruknął tylko i podszedł, by wziąć sobie jedną ze zrobionych przeze mnie kanapek. Zastanowiłem się nad poprzednią sytuacją, cały czas bacznie obserwując chłopaka. Przyspieszony oddech. Rozglądanie się. Gdy to do mnie w końcu dotarło, zacząłem się śmiać. – No co? -zdziwił się Aaron.
- Ty się dalej boisz tego horroru. – To nie było pytanie, zabrzmiało raczej jak stwierdzenie. Dalej się szeroko uśmiechałem, w przeciwieństwie do Aarona, który mocno się zaczerwienił i usiadł zrezygnowany na kanapę.
- Nic nie poradzę na to, że bardzo przeżywam takie rzeczy – powiedział po chwili ciszy.
Dosiadłem się do chłopaka i wziąłem go za rękę.
- Posłuchaj – zacząłem. – Strach to nic złego, i nigdy, przenigdy, nie wolno się go wstydzić. A jeżeli chodzi o ten film to nie martw się, ja sobie tłumaczę, że przecież nic z tego co w nim było, nie zdarzy się naprawdę. – Aaron w końcu na mnie spojrzał i uśmiechnął się lekko. – A teraz muszę już iść, bo jeszcze zaczną się o mnie martwić – zaśmiałem się i wstałem, chłopak zrobił to samo. Gdy razem doszliśmy do drzwi, przytuliłem go i pożegnałem się.
Idąc do domu dużo myślałem o tym, co jest między nami. Między mną a Aaronem. Trzeba przyznać, że będąc z nim uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Czuję, że to jednak jest miłość.
Gdy dotarłem do domu, zauważyłem Wyrocznię, która ze stoickim spokojem na kogoś czekała. I tym kimś byłem chyba ja, bo gdy ujrzała mą osobę od razu się uśmiechnęła i do mnie podeszła.
- Coś się stało? – zapytałem Dekkę. Jej uśmiecha spełzł z jej twarzy.
- Coś bardzo złego. Christian jest blisko – powiedziała i natychmiast odeszła, zostawiając mnie z masą pytań. On nie mógł wrócić. Po prostu nie mógł.

Aaron? Przepraszam za wszelkie błędy i za tak długą nieobecność. Nadal korzystamy z telefonu, ale to lepsze niż w ogóle nic nie pisać :p



Od Kingi CD Dekki

Wzięłam głęboki oddech, kucając przy ogrodzeniu. Po cichu związałam włosy i schowałam je pod kominiarką, którą trzymałam w kieszeni na piersi. Trzymałam tam również zdjęcie moje oraz Rebeki. Przez chwilę poczułam ukłucie w sercu, ale po chwili stanowczo podarłam zdjęcie.
- To koniec - szepnęłam, nasuwając materiał na usta. Wzięłam głęboki oddech i wyciągnęłam broń. Ustalając w głowie plan dojścia do celu, ruszyłam. Było ich trzech - ja jedna. To co ma się wydarzyć musi być idealnie rozplanowanie. Żadna pomyłka nie wchodzi w grę. Poczekałam parę minut, aby upewnić się, że Dekka na pewno odłączyła kamery. Następnie ruszyłam na napastników. Jeden z nich był oddalony od reszty, więc z nim poszło szybko i sprawnie. Zostawiłam go żywego, ale nieprzytomnego i mocno związanego. Wzięłam od niego broń palną i ruszyłam na resztę.

Z nimi było trudniej, po pokonaniu pierwszego omal nie zostałam zdemaskowana. Na całe szczęście do tego nie doszło. Podczas próby zamknięcia gęby goryla zostałam lekko dźgnięta. Nie przeszkadzało mi to w normalnym funkcjonowaniu, więc ruszyłam dalej. Pobiegłam do miejsca, gdzie miałam spotkać się z Dekką.
- Szybko Ci poszło - mruknęłam, kiwając z uznanie głową.
- Idziemy? - zapytała, jakby się upewniając. A może tylko mi się wydawało?
- Oczywiście - szepnęłam, przełykając ślinę. Tak na prawdę bałam się wejść do tego domu. Wspomnienia zaczęły mnie przytłaczać.
- Wszystko okej? - zapytała Dekka, jakby wyczuwając mój nastrój. Machnęłam tylko ręką i powiedziałam coś na uspokojenie.
Ruszyłyśmy do naszego głównego celu.

Obie zatrzymałyśmy się przed pokojem starego Rebeki. Dom od środka był inny niż zapamiętałam, ale jego układ nie był skomplikowany. Kiwnęłam głową, dając znak Dece, że będę wyważać drzwi. Jak wchodzić to z hukiem.
- Nie, po cichu - złapała moją nogę w ostatnim momencie. Westchnęłam opuszczając nogę i powoli naciskając na klamkę.
Wszyscy w tym pokoju spali. Stary spał, a obok niego lafiryndy. Swoją drogą, zastanawia mnie jak można się tak sprzedawać. Ja rozumiem, że kasa ich pociąga, ale żeby tak staremu facetowi?

Z wszystkimi wrogami w tym pokoju poszło niezwykle szybko. Ja zajęłam się jego - jak się okazało, bezbronnymi dziwkami, a Dekka osobiście poderżnęła gardło Staruszkowi. Byłam zdziwiona, ale jednocześnie radosna, że dziewczyna takim uśmiechem zabijała. Pierwszy raz widzę jej "drugie ja".
- Ty ją zabijesz, ja popatrzę - podeszłam do brunetki, marszcząc czoło. Cały czas szeptałam, ale jednocześnie ogarniało mnie dziwne uczucie. Nawet nie wiem jak go nazwać...
- Proszę, proszę - za plecami usłyszałam głos dobrze mi znany. - Co wy tu robicie? Wiecie, że nie macie ze mną szans? Szczególnie ty Rudzielcu.
Zacisnęłam mocniej pięści i spojrzałam błagalnie na Dekkę. Nie mogłam jej zabić, czułam, że nie dam rady. Ale jednocześnie tak bardzo chciałam to zrobić...
- Myślałam, że nie masz przyjaciół. A tu proszę - zaśmiała się, a my razem z Dekką odwróciłyśmy się w jej stronę. - I to jeszcze z tą dziwką, dobrana z was para.
Przysłodziła głos. Zdjęłam powoli kominiarkę i rozpuściłam włosy. Rebeka ich nienawidziła. Wyciągnęłam jedną z katan i podałam Dece.
- Zrób to - rozkazałam głosem poważniejszym niż miałam zamiar. Poczułam się jak ktoś kto może rozkazywać i nie musi brudzić przy tym rąk. Jak egoista.
- Tak z bronią? - zaśmiała się Rebeka i również chwyciła za najbliższy sztylet, który wisiał na ścianie.

Dekka? XD Wybacz, że długo, ale no ten.... i tamten