Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aaron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aaron. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 września 2016

Od Aaron'a CD Sylvain'a

Szczerze mówiąc gdy zostałem sam kompletnie nie miałem się czym zająć, szpital był zamknięty, a raczej uległ renowacji, więc do pracy pójść nie mogłem.
Właściwie to nic nie mogłem. 
Zamknięty w czterech ścianach powoli dostawałem szału, ciągła nuda, masa przeczytanych książek i to oczekiwanie na znak życia od chłopaka. Poniekąd w tym wszystkim czułem się jak zakochana pierwszy raz nastolatka i jakby się nad tym dokładniej zastanowić to właśnie tak było. Pierwszy raz kogoś kochałem i wszystkie romantyczne książki, z których tak bardzo się kiedyś naśmiewałem idealnie opisywały moje aktualne odczucia. Żałosne... Człowiek naprawdę jest na to wszystko tak bardzo podatny? Po raz setny przekręciłem się na łóżku z boku na bok i przerwałem swoje rozmyślania, wstając. Spojrzałem na swoje lustrzane odbicie zastanawiając się co widzi we mnie takiego Sylvain. Nie było we mnie nic co w jakikolwiek sposób przyciągnęłoby uwagę innych. Jakkolwiek by nie było to smutne, taka była prawda.
Tym bardziej cieszyłem się mając go przy sobie i aktualnie tylko dla siebie. Szczerze mówiąc lepiej swojego szczęścia bym sobie nigdy nie wyobraził. 
Zdjąłem wygniecioną koszulkę, w której spędziłem poprzednią noc zamieniając go na czarny, nieco przylegający podkoszulek i zwykłe, ciemne jeansy. 
Zaczesałem włosy nieco mocniej do tyłu i oddałem przyjemności długiego spaceru, zdecydowanie musiałem oczyścić umysł od całego towarzyszącego mu od dłuższego czasu bałaganu. Udałem się przed siebie, nie zważając na to gdzie dokładnie idę, w końcu jak to mówią wszystkie drogi prowadzą do domu, albo coś takiego... W każdym bądź razie nie miałem zamiaru przesiedzieć tutaj ani chwili dłużej.
Zimny wiatr wdzierał się do moich płuc powodując, że ogólny chłód skutecznie mroził moje ciało. Cicha okolica wprawiła je w niepokój i osłupienie, którego za wszelką cenę chciałem się pozbyć.
Pytanie tylko... jak? Coś z całą pewnością w tej całej egzystencji było nie tak. Coś osnuło mgłą tajemniczości i swego rodzaju odrazy przed nieznanym cała okolicę, lub tylko mnie samego. Nie wiem. W jakimś typowym, nudnym kryminale napisali by, że jest cicho, aż zbyt cicho.
Rozejrzałem się dookoła. Zbyt poddany zamyśleniom nie dałem rady orientować się w terenie. Właściwie nie otaczało mnie nic poza wielkim polem. Coś ciągnęło mnie dalej. Jakaś nieznana siła pchała mnie do przodu powodując, że po prostu musiałem zmierzać wraz z jej nurtem. Podążyłem więc za własnym przeczuciem oczekując szalonej tajemnicy, która może odmieni moje życie. Gęsta trawa łaskotała mnie po łydkach zadając momentami ból, gdyż spora część pola porośnięta była ostem. Na skraj rzeki miałem coraz bliżej, chociaż wciąż nie widziałem jej brzegu, właściwie gdyby nie brzeg nurtu pewnie w ogóle nie wiedziałbym gdzie jestem.
Dotarłem do upragnionego celu rozluźniony i spokojny jak nigdy wcześniej. Właściwie nie było tu nic, poza ogromnym wypalonym polem. Rozejrzałem się dookoła, jednak nigdzie nie było widać śladów podpalenia, nie żarzyło się żadne ciepło, z czego wywnioskowałem, że pożar miał miejsce parę ładnych lat temu. Możliwe, że stał tu jakiś budynek, ładnie ograbiony o czym świadczyły leżące, w niektórych miejscach spróchniałe deski. To dziwne, ale byłem pewien, że już tu kiedyś byłem, znałem to miejsce, mimo iż spalonej trawy zostało tu niewiele czułem się tak jakbym już wcześniej uczestniczył w tym wypadku, jakby całe zdarzenie miało miejsce poniekąd z właśnie mojej winy. Nie wiedziałem czemu. Mimo wszystko nie mogłem tego zbagatelizować, nie pamiętałem swojej przeszłości, może była gorsza niż mi się wydawało? Tylko czy siedzenie tutaj pomoże mi rozwikłać zagadkę młodzieńczych lat?
Nie.
Wtedy pomyśłałem o Sylvainie. Tak naprawdę wiedział o mnie tyle samo co ja o nim.
Czyli nic.
Byliśmy dla siebie poniekąd jak obcy ludzie, poza tym, że spędzałem z nim każdą wolną chwilę i no... Kochałem go.
Tak to chyba usprawiedliwiało fakt, że to co było kiedyś nie powinno mnie obchodzić. Jak mówią, chwytaj dzień, nie myśl zbyt wiele.
Zrezygnowany kolejną zmarnowaną próbą podniosłem się z zajmowanego do tej pory miejsca i ruszyłem przed siebie chcąc wrócić do domu
- Wiedziałem, że się zjawisz - dotarło do mnie zdanie, chwilę zajęło mi zorientowanie się, że pochodzi ono zza moich tyłów. Obróciłem się za siebie zaciekawiony.
Mimo wszystko mocno się zawiodłem widząc jedynie ukrytą pod czarny, ubraniem sylwetkę. Uniosłem brwi i niepewien jej czystych zamiarów cofnąłem o kilka kroków.
- Kim Ty jesteś? - oh, czy naprawdę byłem tak naiwny zadając te beznadziejne pytanie?
- Koszmarem Twojej przeszłości - szepnęła czarna postać, mnie natomiast uderzyła znajomość jego głosu, tak dziwnie... Nienaturalnie wręcz taka sama jak...
Jak...
Nie miałem pojęcia kogo.
Ale wiedziałem, że wiem. Gdzieś w głębi mojego umysłu kryła się ta myśl, że wiem kim jest mój rozmówca, ni jak jednak nie umiałem tego przywołać, nie umiałem przywołać kompletnie nic poza faktem, że jestem tutaj przez niego...
Z całą pewnością to jego wina.
- Czego ode mnie chcesz? - zdezorientowany całym zajściem zająłem się badaniem najbliższej drogi ucieczki, osobnik z całą pewnością nie był do mnie przyjaźnie nastawiony.
- Twojej śmierci. To śmieszne nie? Nie wierzę, że taki ktoś jak Ty sprawia zagrożenie mnie. Taki szczeniak, który powinien nie żyć od trzech lat. Dzięki Bogu dziś żyć nie będzie - wysyczał i rzucił się w moją stronę, a ja niewiele myśląc puściłem się biegiem przed siebie.
Mężczyzna poszedł w moje ślady i (patrząc na nasze postury to było do przewidzenia) dogonił mnie stosunkowo szybko, jeszcze w biegu chwycił mnie za kark i rzucił do tyłu tak, że poleciałem przez dość spory kawał ziemi. Uderzając plecami o twarde podłoże poczułem ostry ból, którego niestety nie udało się zignorować.
Wrażenie, że sekundy dzieliły mnie od śmierci zajęło moja głową tak jak krew z nosa zalewała twarz. Miałem dwa wyjścia. Stanąć w obliczu wyzwania i podjąć się ryzyku śmierci, lub spróbować uciec. Oczywiście logicznym było, że puszczę się biegiem do ucieczki,
Wybrałem chyba najbardziej dziecinny sposób, jednak na tyle skuteczny by przedostanie się między nogami napastnika pozwoliło mi się uwolnić. Zaskoczony sam dał mi niezbędne do ucieczki sekundy. Wbiegłem do lasu kręcąc się między drzewami tak by zniknąć z zasięgu jego wzroku.
Nie miałem zamiaru rozmyślać nad tym kim  był i czego chciał.
Nie miałem zamiaru się nawet odwracać.
Dziękowałem jedynie Bogu za kondycję wyrobioną dzięki biegom.

***

Dotarłem do domu zastają otwarte drzwi, nie słyszałem strzałów, czy oznak kradzieży więc pewien, że to Sylvain, wparowałem do domu.
Nadal nie wiedziałem skąd on sam znał miejsce pobytu moich zapasowych kluczy ale nie przeszkadzało mi to szczególnie.
Wpadłem na niego tuż przy drzwiach i rezygnując z powitania wtuliłem się w źródło ciepła.
- Co się stało? - również odpuścił uprzejmości, a w jego głosie rozbrzmiała troska mieszana ze smutkiem.
- Ja... N- nie wiem - zacząłem się jąkać wystraszony i zmęczony długim biegiem. Chłopak niewiele myśląc pomógł mi się dostać do mojego pokoju i położyć na łóżku.
- Ktoś mnie napadł, znaczy ja nie wiem... Powiedział, że jest koszmarem z mojej przyszłości, ale ja nie wiem nie pamiętam nic... - potok słów wylał się ze mnie w sekundę, dopiero potem zwracając wzrok na chłopaka. Ciemnowłosy wlepiał we mnie spojrzenie chociaż widziałem, że zajmuje się czymś innym. Zdążyłem go poznać.
- Sylvain... Co się stało? - spojrzałem mu w oczy chwytając jedną jego dłoń. - Tylko nie kłam.

Sylvain?
W końcu.

piątek, 16 września 2016

Od Aarona CD Sylvaina, Alexandry

To szpital. jedna z sal zajęła się ogniem w zawrotnym tempie. Nikt nawet nie zdążył uciec gdy jedna ze ścian zawaliła się tuż przed wejściem.
Mówiąc nikt miałem na myśli samego siebie. Tuż przed wejściem coś runęło przed drzwiami parząc mi twarz. Krzyknąłem zataczając się do tyłu. Coś przygniotło mi nogi, a duszący dym zajął płuca. Zakasłałem ciężko próbując się wyrwać ciężkiemu uciskowi, co ni jak mi nie wyszło.
Wziąłem ostatni haust powietrza i straciłem przytomność.
Ocknąłem się dopiero po dłuższym czasie na zewnątrz. Alex... Tamta dziewczyna ze szpitala coś do mnie mówiła, ale nie umiałem jej zrozumieć. Z jej słów dotarły do mnie jedynie poszczególne sylaby.
Wtedy poczułem dłoń Sylvaina na swojej, wyrwałem się mu ze wściekłym wyrazem twarzy, dopiero złość Alexandry uświadomiła mi jak głupio się zachowuje.
- Przepraszam...- zerknąłem na Sylvaina, a wyraz jego twarzy złagodniał. Podniosłem się na kolana i mocno przytuliłem do chłopaka. Odetchnąłem cicho, byłem na siebie wściekły, jak mogłem tak szybko zwątpić w ciemnowłosego, on taki nie był i nie mógłby mi zrobić nic takiego. Byłem o tym przekonany. Poczułem dłonie chłopaka na swoich łopatkach i odetchnąłem co nadal przychodziło mi z trudem. Piekła mnie cała klatka piersiowa, ból niemal rozdzierał moje płuca.
Wiedziałem, że to był zły znak.
Przytuliłem się mocniej do chłopaka, wplątując dłoń w jego włosy. - Wybacz mi... - szepnąłem ponownie.
- Miałeś prawo się zezłościć - zamruczał, a ja poczułem jak jego policzki poruszają się gdy kąciki ust wygięły się w szerokim uśmiechu. Powinienem też przy okazji przeprosić Alex, albo raczej jej podziękować. Dobrze wiedziała, że miałem prawo być wściekły. Mimo wszystko ona uratowała mi życie i może moje podejście do sytuacji było nieco egoistyczne, ale w tej chwili nie miałem zamiaru się tym zajmować.
- Wszystko dobrze? - spytałem ściszonym głosem. Chciałem na niego spojrzeć, ale wszystko rozmazywało mi oddech w taki sposób, że ledwo rozróżniałem kolory. Przysunąłem się do chłopaka wtulając w jego ciało. Silne ramiona objęły mnie wokół plecy powodując, że wszystkie emocje powoli opadły, dopiero wtedy zrozumiałem, że na przeproszenie dziewczyny nie będzie lepszej okazji niż ta teraz. Wstałem i otrzepując ubrania podpełzłem (dosłownie) w stronę dziewczyny, było ciężej niż myślałem. Ręka paliła mnie tak mocno, że towarzyszyło temu wrażenie jej odpadania. Poza tym wiedziałem, że długo będę walczył z chorobą płuc ale cóż mogę zrobić innego mając do wyboru zniszczone sumienie.
I tak zapewne rozwaliłem dziewczynie życie.
Gdy zbliżałem się do szczupłej sylwetki, ta wlepiła we mnie pełne politowania spojrzenie, które zmieszało się z wyraźnym rozbawieniem.
- Przepraszam... - mruknąłem tylko z wyraźną skruchą - Wiem jak to jest, gdy ktoś rozwala Ci życie, a potem udaje pokrzywdzonego. - mruknąłem odwracając wzrok.
- Wiesz? - prychnęła z ironią na co spuściłem wzrok. Włosy dziewczyny pofalowały gdy kręciła głową z frustracją. Skinąłem głową.
- Miłość nie wybiera... Czy coś takiego - mruknąłem coraz bardziej zmieszany. Chciałem mieć to wszystko za sobą.
- Wiesz jak to boli kiedy... - zaczęła, nie dałem jej jednak skończyć.
- Wiem. Wiem jak to boli kiedy jesteś zakochany, kiedy jesteś w stanie oddać za kogoś życie, niekoniecznie za partnera, za rodzinę, cokolwiek. Potem puf... - wypowiadając ostatnie słowo charakterystycznie strzeliłem palcami - Zniknęło. Nie ma. Jesteś zupełnie sam, walczysz z samym sobą doprowadzając się do tego, że każdego dnia starasz się o samobójstwo. Więc wiem też ile byłem w stanie poświęcić by walczyć o prawdziwe szczęście. Może Twoja nienawiść do mnie tego nie zrozumie, ale wiem o czym mówię. Możesz mieć mnie za ostatniego dupka, oddałbym wiele żeby potoczyło się to wszystko inaczej, ale cokolwiek się stało Alex, nie żałuję tego. Poza tym, że może faktycznie na początku nie chciałem Ci pomóc - spuściłem wzrok, wypowiadając bolesną prawdę.
Bolesną dla kogo...?\
Dla mnie?
Dla Sylvaina?
Dla Alex?
A gdzie w tym wszystkim było miejsce dla chłopaka? Kto myślał o jego uczuciach. Lub co gorsza... Co jeśli on wolał być z nią nie ze mną? Albo znienawidził mnie, za to co zrobiłem chociaż mówił, że to nieprawda? W tym całym bałaganie, niemal kompletnie zapomniałem, że to on musi teraz przeżywać najgorszy ból. Nie ja... Nie ona.
To on ryzykował tak wiele...
A ja? Zamiast w końcu pomóc mu być szczęśliwym wszystko psuję. Jeszcze bardziej wszystko pogarszam. Zerknąłem na dziewczynę, która albo myślała co odpowiedzieć, albo zastanawiała się czy mi nie przyłożyć. Niepewien słuszności własnych planów wyciągnąłem rękę w jej stronę gdy w tym czasie ból coraz mocniej rozrywał moje ciało.
Domyśliłem się, że lepsze samopoczucie było efektem szoku, który zaraz minie.
- Nie czuję się najlepiej... - mruknąłem, niepewien czy sam do siebie czy zwyczajnie potrzebuję pomocy. Oparłem się na łokciach przekręcając na bok, gdy grunt osunął mi się spod nóg.

***

Ciepła kołdra otulała moje, pokryte bandażami ciało ze spokojem stwierdziłem, że leżę we własnym łóżku, w swoim domu. Dłuższą chwilę zajęło mi dojście do faktu, że koło mnie znajdują się jeszcze dwie postaci i mimo, iż mówiły podniesionymi głosami nie docierała do mnie ich treść.
- Sylvain? - spytałem otwierając oczy. Ciemnowłosy przysiadł na rogu łóżka pomagając mi się podnieść. Dopiero wtedy zwróciłem uwagę na Alex kompletnie zapominając o tym jakim cudem znaleźli zapasowa klucze do mojego mieszkania.
- To jak... Będzie dobrze? - zmieszany skupiłem się na wyrazie jej twarzy, miałem nadzieję, że się zgodzi. Nie chciałem by mnie znienawidziła, lub chłopaka. Co nie zmieniało faktu, że jeszcze bardziej nie chciałem by mimo wszystko mi go odebrała.
Ufałem Sylvain'owi co nie zmieniało faktu, że tego się bałem.


Sylvain? Alex?
Wiem, pewnie o mnie zapomnieliście ale żyję ;v
W zamian mogę jedynie obiecać, że ładnie spróbuję rozkręcić akcje.
heh.

czwartek, 28 lipca 2016

Od Aarona CD Sylvaina, Alexandry

Wracając z łazienki zastałem widok, który kompletnie mnie zniszczył.
Sylvain... Ktoś kto ponoć miał być mój, przytulał i całował Alexandrę i raczej nie wyglądało to jak przyjacielskie stosunki.
Miałem wrażenie, że coś we mnie pękło, a jakaś nieznana siła rozrywała moje ciało na kawałki. Nie chciałem przed nikim pokazać swoich emocji, ale miałem wrażenie, że zaraz mnie rozniesie. Wybiegłem ze szpitala, przy okazji potrącając wózek inwalidzki prowadzony przez pielęgniarkę. Dzięki Bogu był pusty, chociaż co za różnica. Gdy wybiegłem z budynku uderzyło mnie ciepłe powietrze i poczułem, że zaraz zwymiotuję. Zatoczyłem się jak pijak nie mogąc utrzymać równowagii, gdy w czarnych, przyprawiających o strach i obrzydzenie, nieco zniszczonych drzwiach, pojawił się chłopak, ciemne, lśniące włosy, wysoki, szczupły ale umięśniony i te niebieskie oczy... Wstrząsnęła mną nienawiść i miłość, której nie umiałem się tak zwyczajnie wyprzeć. Kochałem go... A on tak po prostu wolał Alex, więc czemu dał mi nadzieję? Czemu pozwolił mi się przyzwyczaić?
Puściłem się szybkim biegem ignorując jego krzyki i tłumaczenia, wiedziałem, że biegnie za mną, ale wiedziałem też, że mnie nie dogoni. Wbiegłem w lasek, sprawnie poruszając się między drzewami, nie zwolniłem jednak nawet gdy wiedziałem, że już go zgubiłem. Zmęczenie i łzy zamazały mi widok, przez co, jak zresztą przypuszczałem, potknąłem się o pień wyciętego drzewa i upadłem na ziemię.
Mój płacz zamienił się w gwałtowny i mocny szloch. Nienawidziłem siebie. Pozwoliłem Aniołowi zbliżyć się do mnie, pozwoliłem sobie coś do niego poczuć. On sam pozwolił mi się kochać.
Dlaczego byłem taki głupi? Czemu byłem tak naiwny. Leżąc nadal na trawie podkuliłem nogi nadal gorączkowo myśląc nad tym jaki byłem beznadziejny. Nigdy nie chciałem mieć znajomych, przyjaciół, odtrącałem każdego. Dlaczego więc kiedy ta jedna osoba stała się dla mnie tak ważna, tak szybko musiała odejść. Przypomniałem sobie nasz pierwszy pocałunek, potem ten spacer w parku. Czemu mi to zrobił, czemu dał mi tyle szczęścia, natychmiast mi je odbierając?
Zacząłem zastanawiać się jak podłym musiałem być człowiekiem za tak bolesną karę. Sylvain był jedyną osobą w moim życiu i te życie byłem gotów za niego oddać... A jemu nie zależało. Tak szybko się znudził.
Kolejne poznane uczucie do kolekcji: złamane serce.
Kiedy znudziło mi się użalanie nad sobą, podniosłem się ledwo i doczołgałem się do domu.
Znowu sam... Znowu pustego...
Czy teraz wszystko wróci do normy? Znowu przez następne lata nikt nie zapuka do moich drzwi? Właśnie je otworzyłem, gwałtownie wbiegając do swojej sypialni. Nieważne, że w ogóle ich nie zamknąłem. Mogli przyjść i wziąć wszystko. Straciłem to co dla mnie najcenniejsze.
W butach i kurtce (co było dla mnie nie do przyjęcia) wszedłem na łóżko i wkopałem się pod kołdrę.
- Dlaczego tak szybko odszedłeś... Czemu pozwoliłem Ci przy mnie być - szeptałem do siebie. Ale prawda była taka, że tego chciałem. Żeby odwiedził mnie raz jeszcze, żebym mógł go skrzyczeć, za to, że nie uważa na swoje rany, chciałem, żeby jeszcze raz mnie objął, cokolwiek. A najbardziej na świecie chciałem cofnąć się w czasie i nie pomóc tamtej dziewczynie gdy Sylvain o to poprosił.
Mijały długie godziny, a sen przyszedł dopiero gdy było jasno.
Nie pozwolili mi się wyspać, we wczesnych godzinach ktoś wparował mi do dmu bez mojej zgody. Gdy zszedłem na dół poraz kolejny kolana się pode mną ugięły. Jak zawsze na jego widok. Jednak, tuż obok niego stała tamta dziewczyna, a ja poczułem żal, zazdrość i cisnące się do oczu strumienie łez. Przyszli mi powiedzieć, że nie chcieli? Że Sylvain przepraszał, ale do niej wraca.
- Macie stąd wyjść- syknąłem. Anioł zbliżył się do mnie, a ja cofnąłem - Wynoś się.

>Sylvain, Alex? Krótkie wiem. Ale emocje mnie poniosły jak to pisałam xd<

środa, 27 lipca 2016

Od Aarona CD Sylvaina

Byłem taki szczęśliwy, i wiedziałem, że było to widać w każdym moim geście. Cały czas się uśmiechałem, na tyle szeroko, że zaczynała mnie boleć szczęka.
Czułem się jak szczeniak, dziecko, zwykły chłopak, który po prostu pierwszy raz się zakochał. I to była prawda.
Po wyjściu Sylvaina zacząłem wymyślać plany co do tego, co moglibyśmy robić  wieczorem. Może i miał swoje plany, ale ja chciałem zabrać go na motor.
Moje myśli zaniosły mnie prosto pod prysznic, gdzie strumienie gorącej wody, skutecznie zmywały wszystkie ślady po ostatnich wydarzeniach, w życiu bym nie przypuszczał, że wszystko tak się skończy, że on ze mną zostanie.
 Chciałbym móc mu powiedzieć, że nie wiem co robić, że nie umiem się przy nim zachowywać tak jak powinienem, wyznać mu, że nie pamiętam prawdziwej miłości ani tego, jak zachowują się osoby zakochane. Ale to kiedyś… Teraz, po wyjściu z wody, zacząłem przekopywać szafę w poszukiwaniu odpowiednich ubrań. Nie chciałem, żeby się mnie wstydził czy coś takiego... Wyjąłem z dna szafy cienki, bawełniany podkoszulek w odcieniu bieli, do tego jasna, jeansowa kurtka i czarne spodnie z dziurami. Ostatecznie na ten skład mogłem przystać. Do brązowego plecaka wpakowałem kilka ważnych rzeczy i byłem gotów do wyjścia, jeszcze przed przyjściem Anioła. Gdy wspomniany zapukał do drzwi, mój organizm wypełniła ekscytacja i przejęcie, której kumulację otrzymałem gdy chłopak pozwolił mi wybrać środek transportu.
- Pojedźmy motocyklem - zaklaskałem w dłonie, zadowolony, że spełniają się moje plany, jednak gdy na twarzy chłopaka pojawiło się lekkie zawahanie i strach, zacząłem wykładać wszystkie, przygotowane wcześniej argumenty. - Ale przecież nic Ci nie będzie, obiecuję! Będę jechał wolno i bardzo ostrożnie. Tamten wypadek wtedy... On nie był z mojej winy i takie też zdarzają się bardzo rzadko - przekonywałem go, a chłopak wpatrywał się we mnie z niepewnym uśmiechem.
- No dobrze - westchnął, a ja niesiony emocjami położyłem mu dłoń na szyi i mocno pocałowałem w policzek. - Ja... Um... przepraszam - szepnąłem nieco zawstydzony i wykorzystałem okazję do odwrócenia się od chłopaka - No choć już, na pewno będzie dobrze - wziąłem kluczyki z małej półki przed drzwiami i zamknąłem dom, idąc w stronę garażu. Otworzyłem drzwi i ujrzałem swój skarb, który z srebrno-niebieskiego koloru na powrót stał się cały czarny.
- Aaron... - jęknął cicho - Ja nie wiem czy to najlepszy pomysł - spróbował się wycofać, a ja chwyciłem dłoń chłopaka, patrząc mu głęboko w oczy.
- Sylvain - z czułością wypowiedziałem jego imię - Nie pozwoliłbym, żeby stała Ci się jakakolwiek krzywda - szepnąłem z godnie z prawdą. Nie chciałem by cokolwiek, ktokolwiek, kiedykolwiek i jakkolwiek go skrzywdziło. Nie mogłem na to pozwolić, za wszelką cenę. – Masz, weź to - podałem mu swój kask, wyjmując z jednej z szafek stary. Był ładny i czysty, jednak zepsuty przez co nie dawał żadnej ochrony.
- Nie, przecież to Ty prowadzisz - próbował mi go oddać, na co się tylko uśmiechnąłem.
- Jeżdżę od zawsze i jestem już duży, poradzę sobie - puściłem jego dłoń i wyprowadziłem motocykl z garażu. W międzyczasie chłopak zakładał kask.
Wsiadłem pierwszy, Sylvain wpełzł na maszynę zaraz za mną, przytulając się mocno do moich pleców, ruszyłem spokojnym tempem i nie wytrzymałem, niemal czując jego strach, puściłem kierownicę jedną dłonią, którą ułożyłem na oplatających mnie w pasie rękach chłopaka. Trwałem tak dłuższą chwilę, czerpiąc przyjemność z jego bliskości, dopóki nie wjechaliśmy w ostry zakręt, po którym przyśpieszyłem.

***

Droga do miasta zajęła nam około czterdzieści minut, po których parkowałem motor na publicznym parkingu jednego z osiedli w centrum miasta, blisko... wszystkiego. Wyciągnąłem kluczyki i plecak, po czym schowałem kaski na miejsce i spojrzałem na chłopaka, który w skupieniu przyglądał się mojej pracy.
- I jak było? - spytałem z szerokim uśmiechem.
- Na początku strasznie - odparł cicho, zerkając na mnie. Mimo wszystko wiedziałem, że mu się podobało, to nie tak, że nie było to pewne (a było), po prostu to było widać.
- Cieszę się, że Ci się podobało - stwierdziłem, czując ogromną chęć złapania jego dłoni, ale się powstrzymałem. Czułem się cholernie zagubiony... Jednak skoro chłopak, nic takiego nie zrobił to pewnie po prostu nie chciał, więc i ja nie powinienem.
- To gdzie chcesz iść..? - spytałem, a ciemnowłosy zaśmiał się w odpowiedzi.
- To ja zabieram Cię do miasta, a Ty się pytasz gdzie chcę iść? - roześmiał się cicho ponownie, a mi zrobiło się bardzo głupio. Zawstydzony spuściłem wzrok, czując jak mocno się czerwienie. - Ale skoro tak, to chcę iść coś zjeść - uśmiechnął się i chwycił moją dłoń, co mocno mnie zaskoczyło. Patrzyłem na niego chwilę w milczeniu, po czym splotłem nasze palce razem i ruszyłem za chłopakiem.
Restauracji, w której się znaleźliśmy, nie umiałem określić. Kusiła uroczym wyglądem i słodkim zapachem naleśników.
- Pomyślałem, że je lubisz... Więc czemu nie - mruknął Sylvain, patrząc na mnie wyczekująco.
- Uwielbiam - uśmiechnąłem się, nadal nie puszczając jego dłoni. Nie chciałem tego robić, i nie zrobiłem dopóki nie usiedliśmy do stolika. Anioł patrzył to na mnie to na kartę, doskonale wiedząc jak bardzo mnie tym zawstydza.
- Przestań - mruknąłem w końcu, chowając twarz we własnych ramionach, a chłopak się roześmiał.
- Wiesz już, które chcesz? - spytał, a ja skinąłem głową, pokazując mu te z toffi i bitą śmietaną. Wyższy zdając się na mój gust, wziął te same dla siebie.
Po skończonym posiłku "sprzeczaliśmy" się o to kto może zapłacić, co nieco mnie rozbawiło, ponieważ wiedziałem, że wygram.
- Jesteś wredny - skwitował mnie Sylvain.
- Ja.. Po prostu nie lubię kiedy ktoś to robi.
- Płaci za Ciebie? - uniósł do góry jedną brew, patrząc na mnie, a ja skinąłem głową. Tak naprawdę, nie lubiłem przyjmować niczego od nikogo, czułem się wtedy jak na czyjejś łasce. - Postanowiłem, że zabiorę Cię do kina - kontynuował - Ale mamy jeszcze trochę czasu, więc co powiesz na spacer? - spytał, a ja ponownie jedynie pokiwałem głową, po czym bardzo ostrożnie i wolno, splotłem nasze dłonie. Nie wiedziałem czy się wstydzi, ale skoro wcześniej zrobił to sam... Chłopak odwzajemnił uścisk, co przyniosło mi ulgę.
Szliśmy kamienną uliczką, jakiejś starej dzielnicy, kiedy poczułem, że to idealny moment na rozmowę.
- Sylvain... Ja... Chciał-łbym porozmawiać - zająknąłem się zdenerwowany. Ten rzucił mi lekko wystraszone spojrzenie i usiadł ze mną na ławce. Malownicza okolica, nieco odwracała moją uwagę, ale chciałem spytać o to właśnie teraz, następnym razem nie będę miał tyle odwagi.
- Mów o czym chcesz rozmawiać - ponaglił mnie.
- Czy my... Czy my teraz jesteśmy razem? - spytałem cały zdenerwowany. Może chciałem wiedzieć, na czym stoję, i na jak wiele mogę sobie pozwolić. Chciałem tego wszystkiego spróbować...
- A czy chcesz, żebyśmy byli? – spytał, patrząc na mnie z powagą. To jednak wystarczyło, nie potrzebowałem niczego więcej, dla mnie to była odpowiedź. Najlepsza jaką mogłem usłyszeć. Pokiwałem wolno głową, a chłopak obdarował mnie całusem w czoło, ja jednak teraz już pewny i spokojny, uniosłem się nieco i ucałowałem długo wargi chłopaka, co odwzajemnił.
- Cieszę się - zaśmiałem się cicho, opierając o jego ramię.
- Ja też - westchnął. Siedzieliśmy tak jeszcze jakiś czas, zupełnie spokojnie. Jednak widziałem, że powoli zapadał zmrok. Droga do domu będzie dla mnie ciężka. - Teraz choć, spóźnimy się - złapał mnie za rękę i szybkim krokiem ruszył w stronę wcześniej wspomnianego kina.
- Nie mówiłeś mi, że to horror! - skarciłem go gdy wychodziliśmy. Chciałem za wszelką cenę usunąć z pamięci ostatnie dwie i pół godziny życia. Tak, byłem przerażony, a chłopak dobrze o tym wiedział.
- Byłeś taki słodki - westchnął, ze śmiechem rozpamiętując moją głupotę.
- Byłem przerażony, a nie słodki. To różnica - wykłócałem się z nim, w drodze powrotnej, nadal mocno trzymając się jego dłoni. Faktu, że okropnie bałem się ciemności, nie potrafił zmienić nawet Sylvain.
Mimo wszechobecnego mroku, bez problemu odnalazłem drogę do motocyklu, na który wsiadłem niemal natychmiast. Ruszyliśmy bez większych wstępów. Wszystko właściwie szło dobrze, dopóki nie wyjechaliśmy z miasta, tam zacząłem panikować, co Anioł musiał zauważyć, ponieważ co chwila przytulał mnie mocniej, a może on sam się bał? Nie wiem, ale na pewno byłem bliski płaczu. Mój dom, wydawał mi się teraz niebem.

***

- Boisz się ciemności? - Sylvain spytał wprost, oddając mi kask, który wpakowałem na miejsce i odwlekając odpowiedź, nie udzieliłem jej do wyjścia z garażu.
- Tak, boję się - przyznałem w końcu. Staliśmy na tarasie przed moim domem. Chłopak uśmiechnął się do mnie z czułością, łapiąc za obie dłonie, lekko do siebie przyciągnął, a ja objąłem go w pasie. Kiedy staliśmy, musiałem wspiąć się na palce by pocałować Anioła, tak więc zrobiłem. Ułożyłem dłonie na jego karku przyciągając do siebie, wpiłem w jego wargi, wydawały mi się słodkie. Chłopak przytrzymał mnie, obejmując w pasie, a ja poczułem, że mogę tak trwać wiecznie. W końcu jednak musiałem się od niego odsunąć czując, jak brakuje mi tchu. Z wrażenia, kręciło mi się w głowie.
- Sylvain, zostań u mnie na noc - wypaliłem zaraz po tym bez większego zastanowienia. - To głupie, ale boję się - dodałem, gdy pierwsze wrażenie minęło.
- Jasne, że tak - westchnął, po czym oboje weszliśmy do ciepłego, a przede wszystkim jasnego domu. Chłopak, dyskutował ze mną, że skoro on spał na łóżku wcześniej, to tej nocy zostanie na kanapie, ja mimo wszystko uległem, nie mając siły dłużej się awanturować. Dałem chłopakowi, zbyt dużą na mnie koszulkę do spania i gdy ten poszedł brać prysznic przygotowałem mu kołdrę i poduszki.
- Dobranoc… - mruknąłem zawstydzony i zarumieniony, kiedy wrócił z kąpieli. Włosy lepiły się chłopakowi do czoła od wody, a koszulka była zbyt duża nawet na niego, jednak zatrzymałem się gdy mijałem chłopaka w drzwiach i po prostu w niego wtuliłem. - Dziękuję Ci... Za dziś – szepnąłem, po czym zwyczajnie poszedłem się położyć.
Sen jednak nie przychodził bardzo długo, nękały mnie złe wizje po dzisiejszym koszmarze, w końcu przerażony, zwlokłem się z łóżka i wszedłem do salonu, gdzie spał Sylvain. Szturchnąłem go kilkukrotnie w ramię, gdy w końcu otworzył oczy.
- Coś się stało? - spytał cicho, natychmiast się podnosząc. Policzki paliły jakby całą moją buzię, jednak chłopak nie mógł tego dostrzec.
- Mógłbyś się ze mną położyć? - szepnąłem, szukając w nim pocieszenia i ratunku przed ciemnością. Szatyn objął mnie w pasie, wstając od razu, po czym oboje ruszyliśmy do mojej sypialni. Gdy chłopak ułożył się obok, objąłem go i mocno przytuliłem.

- Kocham Cię. - wyszeptałem pewien swego uczucia, jednak nie oczekiwałem odpowiedzi. W zamian za to chłopak pocałował mnie w czoło i spokojnie zasnął razem ze mną.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Od Aarona CD Vanessy

Oddałbym wiele, za zwykły prysznic, jakąś kanapkę i kubek chociażby wody, jednak chęć spotkania się z nowopoznaną dziewczyną, również wydawała się obiecująca. Wydawała się naprawdę miła. Jednak ten dzień mnie wykończył, jak zresztą wiele poprzednich, potrzebowałem chwili oddechu, wytchnienia, przerwy czy rozrywki. Jednak nie dane mi było zakończyć całego dnia, dopiero widok dziewczyny przypomniał mi o obiecanym spotkaniu z Vanessą, mimo iż myślałem o nim chwilę wcześniej, kompletnie wyleciało mi z głowy... Stała tam z motorem, któremu nie przyglądałem się z większym zainteresowaniem, moje myśli były przy mojej własnej maszynie, tej pięknej, cudownej, na którą miałem wsiąść już za chwilę.
- Hej! - dziewczyna przywitała mnie z uśmiechem, którego jednak nie odwzajemniłem.
- Cześć - odparłem. - Niezły sprzęt - pochwaliłem motor dziewczyny i wbiegłem do domu, tylko po to, żeby zgarnąć kluczyki ze stołu, po czym wybiegłem ponownie na chodnik. - Daj mi chwilę - poprosiłem, na co skinęła głową. Nieco wolniej, ale z coraz większą ekscytacją poszedłem do garażu, by zobaczyć miłość swojego życia. Czułem się dziwnie za każdym razem gdy wiedziałem, że zaraz wyruszę w podróż. Był przepiękny, niebiesko-srebrny, potężny, zachwycający. Wyciągnąłem go z garażu, razem z kaskiem i podszedłem do dziewczyny, która zagwizdała.
- No cóż, muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś nieco słabszego - stwierdziła a ja uśmiechnąłem się cwaniacko. Nie odpowiedziałem, wsunąłem na głowę kask, chowając pod nim loki i poczułem znajome ciepło. - Jedziemy? – spytałem, gdy zrobiła to samo.
- Jeśli jesteś gotowy - posłała mi uśmiech i wskoczyła na motor.
Ruszyła pierwsza, ja zaraz po niej. Żadne z nas nie pytało dokąd jedziemy, ale to chyba było najmniej znaczącym szczegółem w podróży.
Niezależnie od prędkości, cały czas jechała pierwsza, nie dając się wyprzedzić. Gdy wjechaliśmy na łąki za szpitalem pomachałem jej by przystanęła. Lubiłem to miejsce, było tu bardzo ładnie, roiło się od roślinności, a przyjemny wiatr lekko smagał ubrania. Dziewczyna zdjęła kask i z cichym śmiechem pozwoliła włosom powiewać w swoje strony. Uśmiechnąłem się lekko. Jakikolwiek bym nie był lubiłem widzieć jak ludzie się cieszą, a czasem cieszyły ich takie drobnostki.
- Ładnie tu, ale co robimy? - spytała, ponownie wkładając kask.
- Ścigamy- roześmiałem się, robiąc to samo i wskoczyłem na motor, by pędzić szerokimi drogami, jak gdyby przeznaczonymi tylko dla nas. I wszystko byłoby dobrze gdyby nie dźwięk kroków, który dotarł do nas w tym samym momencie.
- Słyszałaś? – spytałem, na co skinęła głową.
- Czy to możliwe, że to ktoś pracujący w szpitalu? – spytała, jednak natychmiast zaprzeczyłem.
- Tutaj nikt się nie kręci, zupełnie nikt - więcej nie trzeba było mówić oboje pewnym krokiem ruszyliśmy do miejsca, z którego dochodził dźwięk, jednak wszędzie było pusto.
- Uciekł? Może to jednak był zwierzak - wysnułem wniosek zaraz po zadanym pytaniu.
- Nie. Łowcy nie uciekają, ale to nie był zwierzak. Wiesz o tym - przekonywała mnie, chociaż nie musiała. Miała rację, wiedziałem. Jednak na co innego mogłem zrzucić fakt, że słyszałem kroki, a nie widziałem człowieka?
- To co robimy? - spytałem zerkając to na nią, to przed siebie.
- No jak to? - uśmiechnęła się z ekscytacją - Ruszamy w pościg - spojrzałem na nią jak na kompletną wariatkę. Jednak ona mówiła kompletnie poważnie. Westchnąłem z rezygnacją. Nie mogłem zostawić jej tak samej.
- Jak chcesz rozpocząć śledztwo, skoro nie wiesz od czego ani gdzie zacząć? - spytałem prowadząc za nią swój motor.
- Nie wiem. Po prostu idźmy - mówiła z przejęciem. Domyśliłem się, że może jest szpiegiem albo coś… - Wiem co zrobię - wpadła na pomysł, klaszcząc w dłonie, jednak nim jakkolwiek zdążyłem zareagować zamiast dziewczyny, obserwowałem geparda, który za pomocą węchu odnalazł trop.
- A motor? – spytałem, patrząc na maszynę dziewczyny. Kot zamruczał nisko i odrzucił łeb dając mi do zrozumienia, że mam zostawić go na miejscu.
- Dobra. Ale ja swojego nie zostawię - uprzedziłem i bez większych wstępów wsiadłem na niego. Wtedy dziewczyna ruszyła biegiem do przodu, a ja (w sumie to dobrze się bawiłem) pognałem zaraz za nią. Biegła pierwsza kiedy starałem się nie spuścić z niej wzroku. Zatrzymała się dopiero w ciemnym miejscu, otoczonym przez drzewa. Wyglądały jakby zostały posadzone tu specjalnie, ponieważ nie byliśmy w lesie. Zsiadłem z motoru, a obok siebie zobaczyłem Vanessę... To znaczy... Człowieka.
- Szybko - uśmiechnąłem się do niej.
- Wiem - odparła i oboje zaczęliśmy przemierzać niezbadany teren, żeby odnaleźć wielki, zardzewiały właz.
- Jak myślisz, coś tu jest? – spytałem, jednak dziewczyna jedynie wzruszyła ramionami.
- Otwieramy? - spytała


>Vanesso? Zostawię Cię z dziwnym wątkiem<

Od Aarona CD Sylvaina

Chłopak zaskoczył mnie swoją obecnością. Jednak gdy stwierdził, że przyszedł tylko na zmianę opatrunku, pomyślałem o zwykłych stosunkach pacjent-lekarz, jednak ciemnowłosy przyszedł tu w zupełnie innym celu.
Jego słowa docierały do mnie zbyt gwałtownie, jakby umyślnie nie dawał mi czasu na zastanowienie się nad odpowiedzią czy ich sensem. Poza tym piekły mnie oczy, bolały nadgarstki, usta, nos... Bolało mnie wszystko. Czując, że cały czas się czerwienię, odwróciłem się do chłopaka plecami.
- Połóż się... - poprosiłem łagodnie, starając się nie chrypieć tak bardzo, poza tym moje ciało wypełniała, spowodowana zmęczeniem gorączka - Lepiej, żebyś mi tu nie zemdlał.
- Aaron, nie udawaj obojętnego! - podniósł głos, podkładając sobie poduszkę pod głowę.
- Nie wiem o czym mówisz - spróbowałem go zbyć, czując, że z każdym słowem robi mi się coraz gorzej. - I co mam Ci powiedzieć? - spytałem mimo wszystko, nadal na niego nie patrząc. Po krótkiej chwili Sylvain chwycił mnie za nadgarstki, obracając w swoją stronę, a ja gwałtownie syknąłem krzywiąc się z bólu, co udało mi się stłumić ciężkim kaszlem.
- Chcę wiedzieć co czujesz - rzucił wprost, zerkając na mnie wyczekująco. ~ Co czuję? ~ powtórzyłem to pytanie w swojej głowie. Nie wiedziałem co do niego czuję, nie wiedziałem czy to miłość, bo nie pamiętam, żebym kiedykolwiek kogoś wcześniej kochał. Anioł w krótkim czasie znalazł się w moim życiu, robiąc w nim ogromny bałagan, ale ja tego chciałem. Żeby nie odchodził, żeby dalej zmieniał ten ład i porządek w szczeniackie wybryki zwykłych chłopaków. Chciałem, żeby był przy mnie i chciałem, żeby wiedział, że jeśli będzie trzeba, oddam za niego życie. Sądziłem, że tak się czuje osoba zakochana, ale to wszystko działo się tak szybko... Choć miałem wrażenie, że ciągnie się w nieskończoność.
- Sylvain, ja nie chcę o tym mówić - wyszeptałem bardziej do siebie niż do niego, co mimo wszystko usłyszał. Chłopak podszedł do drzwi i przekręcił zamieszczony w nich mały kluczyk.
- Dobra, teraz nikt nam nie przeszkodzi - mruknął i spojrzał na mnie, przejechał dłonią po moim zadrapanym w jednym miejscu policzku.
- To za chwilę... Powiedz co Ci się stało. - wpatrywał się we mnie z troską i zdenerwowaniem. Tak jak ja bał się tej rozmowy, ale tak samo jak ja, bardzo jej chciał.
- Ja po prostu miałem ciężką noc - chłopak wyszeptał ciche "mhm" i odwinął rękawy mojej bluzy nim zdążyłem je zabrać. Spojrzał na mnie z wściekłością, troską i czymś czego nie umiałem określić.
- Aaron... Ty pier*olony debilu - nie krzyczał, ale mówił z przejęciem. Położył dłonie na moich ramionach. Patrzył to na mnie, to na moje dłonie.  - Nigdy więcej, rozumiesz? Nie masz prawa... – szeptał, a ja nie wiedziałem co robić. W mojej głowię kłębiły się myśli i uczucia, których do tej pory nie doświadczyłem jeszcze nigdy. Chciałem mu powiedzieć, chciałem wyznać mu miłość, pragnąłem tego tak bardzo... Ale Sylvain... Jego szczęście... Jego życie i miłość.
- Ty masz Alexandrę- szepnąłem, a w jego oczach zapłonęły iskierki jakby właśnie zrozumiał co chcę przez to powiedzieć. Usiadł koło mnie na niewygodnym szpitalnym łóżku, w tym momencie również na mnie nie patrząc.
- My... Nie jesteśmy już razem - szepnął zasmucony, a ja poczułem ukłucie w klatce piersiowej. Czy to moja wina? Czy ja odebrałem Sylvainowi kogoś kogo kochał? A może wcale nie kochał...
- Tak mi przykro... - wyszeptałem z faktycznym i głębokim smutkiem, czując coraz większy żal. - Dlaczego...?
- Wiesz - zaczął spokojnie - To nie jest Twoja wina i nie masz prawa tak sądzić - uprzedził moje myśli - Nam zwyczajnie gorzej się układało... Ale tak czasem jest, masz wrażenie, że wszystko się psuje, powoli sypie. I ja po prostu chciałem to skończyć – wyszeptał, zaciskając dłonie w pięści. Zbyt zmęczony, żeby wytrzymać na siedząco, oparłem głowę o małą, białą poduszkę, a wyższy dołączył do mnie, nadal nie odrywając wzroku od moich, co chwila zamykających się oczu.
- Aaron... Bądź ze mną szczery – odetchnąłem, wiedząc co ma na myśli.
- Sylvain... Ja... - zacząłem, urywając na dłuższą chwilę. Miałem ochotę zamknąć oczy i zasnąć. - Ja Cię kocham - wyszeptałem cicho i nie patrząc na jego reakcje dodałem natychmiast: - Wiem, że może znamy się tak krótko i, że nic o Tobie nie wiem, ale nie pytam, bo wiem, że tego nie chcesz. Wiem, że ja może nie rozumiem do końca swoich uczuć, ale wiem, że bardzo chciałbym mieć Cię przy sobie, nie jako przyjaciela... Jednak nie chcę niczego zepsuć, nie chcę zepsuć niczego w Twoim życiu. Bo ułożyłeś je sobie tak dokładnie a ja wp*eprzyłem się w to tak bezczelnie i nagle wyznaję Ci miłość, jednak Ciebie nie powinno to obchodzić bo Ty... Masz to wszystko, a ja... A co jeśli nie będziesz szczęśliwy? - każda cząstka mnie rwała się do ucieczki, a ja leżałem w tym samym miejscu z zaciśniętymi powiekami i strachem, że to co się zaraz stanie, skończy się dla mnie bardzo źle.
- Aaron - odezwał się w końcu Sylvain, po raz kolejny wypowiadając tylko moje imię, bardzo delikatnie objął dłońmi moje nadgarstki i zmusił, żebym położył się do niego tyłem, po czym objął mnie wokół pleców i pocałował w czubek głowy, a ja słyszałem gwałtowne bicie jego serca.
- Wiem... Ja wiem, że to trudne i uwierz, dla mnie też... Ale cieszę się, że Cię poznałem i chcę Cię mieć tu blisko - objął mnie mocno, szepcząc w moje włosy, a ja odpływałem z każdym jego słowem - Tak... Może nie wiem czy to miłość, ale też coś do Ciebie czuję, i nie pozwolę Ci odejść - poczułem ogromne szczęście. Nie odpowiedziałem mu nic, wiedząc, że nie muszę. Może szpitalne łóżko nie było jednym z najbardziej romantycznych miejsc, jednak lepszego nie mogłem sobie teraz wyobrazić. Chłopak gładził moje włosy spokojnie, sprawiając, że się uspokoiłem. - Masz słodkie rumieńce - zaśmiał się, a ja jedynie zamknąłem oczy i... Zwyczajnie usnąłem. Może było to głupie i nie na miejscu, ale byłem zbyt wykończony by o tym myśleć i na tyle szczęśliwy, by to zrobić. Może jednak nie będzie tak źle jak myślałem.

***

Obudziłem się w łóżku, nie szpitalnym, swoim. Na dodatek sam. Ogarnęło mnie przerażenie, że to wszystko było tylko snem, jednak gdy w drzwiach stanął Sylvain, tamten sen się urzeczywistnił, a ja poczułem rumieńce na policzkach.
- Jak się czujesz? – spytał, siadając obok łóżka. Miałem ochotę go przytulić, ale nawet jeśli coś się w naszej relacji zmieniło to chciałem dać chłopakowi tyle czasu ile potrzebował by się do tego przyzwyczaić.
- Dobrze - usiadłem na łóżku, szukając w jego wyrazie twarzy złości lub zdenerwowania. - A Ty? - spytałem niepewnie.
- Dziwnie - odparł z uśmiechem, po czym przesiadł się obok mnie na łóżko - Ale chyba dobrze – odparł, a ja mimo wcześniejszego zakazu, który wydałem sobie sam, oparłem czoło o jego ramię. Uśmiechnąłem się szeroko i mimowolnie zaśmiałem, co Sylvain odwzajemnił.


>Sylvain? XD<

niedziela, 24 lipca 2016

Od Aarona CD Sylvaina

Wracałem do domu wściekły i nawet widząc przed drzwiami Sylvaina nie potrafiłem tego ukryć.
- Cześć - przywitał się ze mną po raz kolejny tego dnia, a ja nieco się rozluźniłem. Chłopak zaczął dopytywać się co się stało. Więc powiedziałem mu prawdę, trochę skróconą, ale prawdę. Nie chciałem żeby wiedział o tym czego się boję i jak bardzo się boję. Odwracałem się jak tylko mogłem żeby nie patrzeć się w jego oczy, bo wiedziałem, że im ulegnę, tak było zawsze, byłem słaby.
- No zrób to... - poprosił łagodnie, a gdy zrobiłem jak prosił złapał mnie za podbródek. - Powiedz prawdę... - teraz bardziej nakazał niż prosił, a ja usiadłem na blat by być z nim na równi nasze spojrzenia znowu się zetknęły, co pozwoliło mi się skupić na jego głębokich tęczówkach. Podobały mi się.
- Oddałbym wszystko żeby teraz powiedzieć Ci prawdę – wyszeptałem, starając się zabrzmieć jak najbardziej prawdziwie - Ale po prostu jej nie pamiętam - tęczówki chłopaka zalśniły zdziwieniem i zrozumieniem, a ja poczułem przytłaczającą wagę tej chwili. To chyba było najszczersze i najprawdziwsze zdanie jakie mogłem mu powiedzieć, bo tak naprawdę nie mógł wiedzieć o mnie nic więcej, to śmieszne, ale znał mnie tak dobrze jak ja samego siebie. Oparł obie ręce po moich bokach, a jego twarz znajdowała się zbyt blisko mojej, żebym tego nie wykorzystał. Nie potrafiłem się powstrzymać bliskość drugiej osoby, była mi tak odległa.
- Jak to nie... - zapytał, jednak przerwałem mu pocałunkiem. Musnąłem delikatnie wargi chłopaka, czując te cudowną bliskość jakiej nie doznałem w ciągu tych dwóch lat jakie znałem, po czym nieco pewniej wpiłem się w jego wargi. Sylvain zawahał się i cofnął ręce, a ja odruchowo położyłem mu dłonie na karku. W ciągu jednej sekundy przez moją głowę przebiegło milion myśli, że zaraz dostanę w twarz, że odsunie się ode mnie i odejdzie, że zacznie mnie wyzywać, ściągnęły mnie one na ziemię. Usprawiedliwiałem się tym, że byłem tylko człowiekiem, ale było to dość marne. Poczułem jak chłopak kładzie mi ręce na czerwonych policzkach, bardzo niepewnie odwzajemniając czynność, zdębiałem zaskoczony, uchylając powieki, jego oczy były zamknięte, ale on mimo wszystko wydawał się bardzo niespokojny. Pożałowałem pocałunku i delikatnie się od niego odsunąłem, krótką chwilę patrzył na mnie w milczeniu, czułem, że był zły, a nawet jeśli nie, to na pewno mu się to nie spodobało.
- Przepraszam - mocno zaczerwieniony i zdenerwowany opuściłem pokój, ignorując fakt, że właśnie zostawiłem chłopaka samego w moim własnym domu. Chciałem żeby sobie poszedł. Zamknąłem drzwi na klucz i zwinąłem w kłębek we własnym łóżku. Po chwili usłyszałem głośne trzaśnięcie drzwiami, przez myśl mi przeszło jak bardzo musiał być teraz na mnie wściekły. Przyłożyłem sobie dłonie do twarzy, skopując kołdrę z łóżka.
- Co Ci odbiło - wysyczałem wk*rwiony. Oczy zaczęły mnie piec, kiedy coraz mocniej szarpałem za swoje ciemne loki. Chciałem cofnąć się w czasie, żeby to się nie stało. Teraz byłem niemal pewien, że  już nie wróci... Wyrzucałem sobie każdą złamaną razem z Sylvainem zasadę, i to wszystko było tylko po to, żebym teraz go stracił. Co ja sobie wyobrażałem?! Jeszcze niedawno mówił mi, że ma dziewczynę, że właśnie do niej idzie, a ja go całowałem. Przecież ja, jak ten ostatni dupek mogę to zniszczyć!
Nie wiedziałem ile czasu minęło nim przestałem wyrzucać sobie fakt, jak bardzo beznadziejnym człowiekiem jestem, że tak po prostu wykorzystałem szansę by rozbić czyjś związek. Nie zauważyłem nawet kiedy (po raz setny w tak krótkim czasie) znowu się rozpłakałem, jednak gdy mój oddech zyskał nieco normalniejsze tempo natychmiast powracał do mnie fakt, że właśnie straciłem jedyną i najważniejszą osobę w moim życiu. Naprawdę mi na nim zależało, chciałem go zatrzymać, a jedną głupotą tak łatwo wszystko zepsułem.

***

Tej nocy mnie poniosło, zadawałem sobie ból, czym zwyczajnie dawałem sobie karę, płacząc na zmianę. Gdy mój budzik wybił godzinę ósmą, sugerując, że wkrótce zaczynam pracę byłem kompletnie wykończony i odwodniony. Moje ciało krzyczało, gdy umysł niemal przestał funkcjonować. Wszedłem do łazienki patrząc w swoje lustrzane odbicie. Sine, pogryzione usta, dookoła umazane zeschniętą krwią, wory pod oczami koloru fioletowego, popękane naczynka, przez co krew rozlała się po moim przekrwionym oku, co dawało niemal czerwony efekt. Nawet moja twarz równała się bieli kartek papieru, poza nosem, z którego zdzierała mi się skóra. Odwinąłem rękawy patrząc na swoje ręce z obrzydzeniem. Zignorowałem prysznic i przebieranie się. Umyłem twarz mydłem i zęby oraz użyłem perfum, by nie śmierdzieć, po czym ruszyłem do pracy.

***

- Aaron? - przywitała mnie zaskoczona Lucy - Wyglądasz strasznie... Co Ci się stało? - zaczęła się nade mną roztrząsać, co jednak zignorowałem i poszedłem do gabinetu, widząc pierwszego pacjenta.
- Sylvain? - z zaskoczeniem przetarłem twarz i upewniłem się, że to on.
- Przyszedłem na zmianę opatrunku- zaczął, a moje myśli zajęło pytanie:
Jak mocno zaraz dostanę?


>Sylvain?<

Od Aarona CD Christiana

 Obudziłem się w ciepłym i wygodnym łóżku, które z całą pewnością nie należało do mnie. W powietrzu unosił się przyjemny zapach mocnej, czarnej kawy. Walczyłem z chęcią ponownego przykrycia się ciepłym kocem, ale nie miałem bladego pojęcia gdzie jestem. Poza tym pękała mi głowa i oddałbym życie za jakieś przeciwbólowe proszki. Nim zdążyłem się podnieść, do pokoju wszedł nieznany mi (jak przypuszczałem chłopak). Spojrzałem na niego z lekkim zaskoczeniem, a on jedynie się uśmiechnął, rzucając mi ciepłe ubranie.
- Przebierz się, pewnie przemarzłeś, chociaż i te ubranie zaraz z Ciebie zrzucę - uśmiechnął się wypełniony pewnością siebie, czym jedynie wzbudził moje zdziwienie.
- Ja um... Przepraszam, kim jesteś? - zerknąłem na niego.
- Ja? - uśmiechnął się zbyt cynicznie - Jestem Twoim Bogiem, Twoim koszmarem i wybawieniem - rzucił i złapał mnie za podbródek unosząc do góry - Ale na razie, możesz mi mówić Christian - musnął ustami mój nos i puścił odchodząc nieco od łóżka, do którego wciąż miałem ochotę wrócić. - Jeśli masz ochotę skorzystać z łazienki, jest po prawej - stwierdził gdy wstałem, i zbliżył się do mnie obejmując w pasie - Chętnie zaraz do Ciebie dołączę - wyszeptał niskim głosem, a ja zadrżałem lekko nie próbując się nawet odsunąć.
Poszedłem do ciepłej łazienki, czując jak zimne dreszcze oblewają moje ciało, chłopak ma rację, zmarzłem. Napuściłem do wanny gorącej wody uprzednio, tylko na wszelki wypadek zamykając drzwi na klucz i niemal natychmiast do niej wszedłem. Ciepło przyjemnie otuliło moje ciało, ale wcale mnie nie orzeźwiło, nadal czułem się zaspany i zziębnięty, ale przynajmniej ładnie pachniałem. Po krótkiej kąpieli, wytarłem się w ręcznik i ubrałem w przygotowane przez chłopaka ciuchy. Nieśmiało wyszedłem z pomieszczenia niemal natychmiast napotykając chłopaka, który złapał mnie w pasie przyciągając do siebie.
- A właśnie do Ciebie szedłem - uśmiechnął się od ucha do ucha, ukazując nieskazitelnie niemal białe zęby.
- Nie musisz... - zaczerwieniłem się mocno odwracając wzrok.
- Ej, nie pamiętasz co mówiłem Ci wczoraj? - złapał moje policzki i odwrócił w swoją stronę.
- Tak... - rzuciłem chłodno i obojętnie, chcąc opuścić jego dom. Christian mocniej przysunął mnie do siebie, całując mocno w zagłębienie szyi. Przez chwilę miałem ochotę się odsunąć, ale nie przy mojej sile nie mogłem nawet stawić oporu.
A może nie chciałem...
Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że to co robię źle się dla mnie skończy.
- Zrobiłem Ci śniadanie, mam nadzieję, że lubisz jajka – odparł, a ja powstrzymałem się z odpowiedzią spodziewając jego reakcji.
- Mam nadzieję, że tak - odpowiedział sam sobie, a wyjaśnieniem jego myśli był sam jednoznaczny uśmiech. 
- Ja chyba powinienem wracać do domu. Mam dziś pracę... - zacząłem się tłumaczyć, chcąc po prostu wyjść.
- Nie... Nie śpiesz się tak - Christian po raz kolejny zbliżył się do mnie, a ja tym razem się nie odsunąłem, ode chciało mi się czegokolwiek, więc jedynie pozwoliłem chłopakowi wpić się w moje usta, złapał mnie w pasie i mocno do siebie przyciągnął. Objąłem go wokół karku i zamruczałem głęboko w jego usta. Chłopak nie czekając na jakiekolwiek potwierdzenie, wsunął mi dłoń pod koszulkę podwijając ją i ściągając ze mnie. Pchnął mnie na stół i zmusił bym na niego usiadł. Złapałem chłopaka za końce bluzki, ciągnąc w swoją stronę.
- Wiedziałem, że będziesz grzeczny - wymruczał ciemnowłosy, wplatając dłoń w moje włosy.


>Christian? Wiem, źle skończone bez ładu, składu i krótkie<

Od Aarona CD Sylvaina

Znowu źle spałem. Kolejna noc wypełniona rozmyślaniami, źle wpływała na moje zdrowie psychiczne, jak i fizyczne.
Kiedy podniosłem się z łóżka, byłem wykończony, każda komórka mojego ciała domagała się tego cholernego snu. Ale ile razy nie kładłbym się do łóżka, on nie przychodził. Ostatnio straciłem też jakikolwiek apetyt. Zwalałem to na bezsenność, a ją z drugiej strony na zwyczajne przemęczenie lub stres. Rozmyślając nad tym zacząłem przygotowywać swoje śniadanie, uściślając jajecznicę, której nawet nie ruszyłem. Odstawiłem pełen talerz do zlewu i wyszedłem, kierując się natychmiast do garażu by dokonać ogólnych oględzin motoru.
- Cześć skarbie - westchnąłem, szczęśliwy, że widzę swój skarb cały i zdrowy. Miałem ochotę na niego wsiąść i spędzić cały dzień po prostu jeżdżąc, ale nie mogłem. Przyciągała mnie moja praca i fakt, że byłem niemal pewien, że Sylvain mnie nie posłuchał. Dotknąłem siodełka i kierownicy motoru po czym opuściłem zagracone pomieszczenie. Fakt, że do pracy miałem dopiero na popołudnie, pozwolił mi najpierw odwiedzić dom przywódcy, który wcale nie był (jak mi się wcześniej zdawało) tak daleko od mojego. Zapukałem w ciężkie, brązowe drzwi, a w nich niemal natychmiast stanęła wysoka, blondynka. Jak się domyśliłem Katfrin Salvadore. Nic nie mówiąc uniosła pytająco brew.
- Um... Cześć.
- Sylvaina nie ma, poszedł na trening. O ile o niego chodzi, znaczy na pewno o niego chodzi - rzekła chłodno, gotowa zamknąć mi drzwi przed nosem, a we mnie wezbrała złość, której nie mogłem okazać przy dziewczynie.
- Jasne. Dzięki - zdążyłem powiedzieć, po tych jednak słowach natychmiast mi przerwała.
- Widziałam jak go wczoraj odprowadzałeś. Spytam wprost, czy on Ci kiedykolwiek cokolwiek o sobie opowiadał? O tym co było kiedyś? – spytała, piorunując mnie wściekłym spojrzeniem. Zastanowiłem się chwilę, po czym odparłem, zgodnie z prawdą:
- Nie. Nigdy nie powiedział mi niczego - uniosłem kąciki ust w górę.
- Jasne, to cześć - jakby spokojniejsza, zamknęła drzwi, a ja odetchnąłem. Byłem zły, bardziej niż sam po sobie mógłbym się spodziewać. Prosiłem go, wczoraj, cały czas prosiłem go by tego nie robił. Jeśli ja dla własnego zdrowia potrafiłem na jakiś czas odpuścić sobie jazdę motorem, on równie dobrze mógł na chociaż tydzień zrezygnować z tych treningów!

***

Coraz bardziej wk*rwiony wszedłem na salę gimnastyczną, gdzie trenowały właśnie inne pary pod nadzorem Sylvaina, który sam właśnie ćwiczył z bronią, której nie umiałem nazwać.
- Cześć - usłyszałem jego niepewny głos, przez co moja złość nieco zelżała. Mimo wszystko byłem na niego wściekły.
- Oddaj – warknąłem, wystawiając dłoń, a broń znalazła się na niej niemal natychmiast. Ignorując możliwość trafienia kogoś w twarz odrzuciłem ją na bok i odetchnąłem nie chcąc na niego nakrzyczeć.
- Miałeś tego nie robić - rzekłem najłagodniej jak umiałem, patrząc mu w oczy.
- Wiem... - mruknął cicho - Ale nie mogłem, oni tu przyszli, ktoś musi ich szkolić.
- Kto będzie ich szkolił jeśli Ty dostaniesz urazu głowy, lub nagłego ataku przez wysiłek i do końca życia będziesz leżał sparaliżowany w łóżku - zniżyłem swój głos do szeptu, w którym rozbrzmiała pogarda, ta wizja musiała wydać mu się zbyt realna, bo zobaczyłem w jego oczach strach i smutek.
- Nie powinienem był - stwierdził jedynie.
- Masz racje, nie powinieneś... Czy naprawdę nie mogłeś odpuścić tych paru dni? - wpatrywałem się w jego oczy, ale zamiast pogardy w moim głosie brzmiała troska i przejęcie. Chłopak musiał to zauważyć ponieważ jego wzrok również złagodniał. - Jesteś strasznie lekkomyślny i głupi - wytknąłem mu, poza tym spojrzałem na jego bandaż, był cały brudny.
- Dobra, starczy. Koniec. Idziesz ze mną do domu - rozkazałem mu. Przez myśl mi przebiegło, że każdej innej osobie zachciałoby się śmiać, gdyby osoba wyglądająca jak ja wytykała błędy osobie o tyle wyższej i silniejszej, jak Sylvain. Temu jednak wcale nie było do śmiechu, skinął głową i ogłosił wcześniejszy koniec treningu na co jedni zareagowali zdziwieniem, a drudzy zrozumieniem i może troską. Kiedy opuściliśmy salę zrobiło mi się głupio, nakrzyczałem na niego, jakbym miał do tego prawo. Jego życie to była jego sprawa, nie powinienem był się wtrącać. Z tą myślą poczułem się jeszcze gorzej, niż chwilę temu, bałem się, że jest na mnie zły.
- Sylvain? - spytałem cicho, idąc obok niego, natychmiast na mnie spojrzał. - Nie gniewasz się? - spytałem cicho zerkając na niego. Wydał się zaskoczony.
- Nie, no coś Ty - na jego twarzy zagościł uśmiech. - To kochane... No wiesz, że się tak o mnie martwisz - poszerzył szczery uśmiech, a mi zrobiło się lepiej. Właśnie w tym momencie dotarliśmy pod mój dom, a ten bez skrępowania wszedł do kuchni.  Tam też przyniosłem apteczkę i ponownie zmieniłem jego opatrunek.

***

Chłopak zasiedział się u mnie trochę, a większość czasu spędziliśmy na rozmowie o głupotach. Mimo wszystko, miło było rozmawiać z kimś o niczym.
- Dziękuję, że znowu mi pomogłeś, ale wiesz, dziewczyna się o mnie martwi... Chyba powinienem się z nią zobaczyć - mówił kompletnie bez przekonania jakby lekko poirytowany, czego nie widziałem w jego zachowaniu nawet przez chwilę, przez ostatnie kilka godzin.
- Jasne... Rozumiem - wzruszyłem ramionami, nieco smutny albo zawiedziony. Wstałem i podszedłem drzwi, odprowadzając go.
- Do zobaczenia - Sylvain pomachał mi na pożegnanie.
- Żadnych treningów. Uważaj na siebie - odmachałem mu i jeszcze przez chwilę stojąc w drzwiach obserwowałem jak odchodzi. Po czym sam zamknąłem drzwi i ruszyłem biegiem w przeciwną stronę.

***

Bylem cały mokry od potu, dosłownie. Koszulka i spodenki były nim przesiąknięte. Nie wiedziałem ile czasu minęło, ale biegłem w kompletnym mroku i tym razem w ogóle się tym nie przejmowałem. Chciałem, żeby wszystkie męczące mnie emocje ustąpiły miejsca nadmiernemu wysiłkowi, bolały mnie stopy, płuca, ręce. Każda część mojego ciała domagała się odpoczynku. Kiedy wróciłem do domu, jeszcze na podwórku upadłem na ziemię, a z moich oczu zaczęły płynąć łzy. Próbowałem złapać oddech, ale jakbym zgubił tę możliwość gdzieś po drodze. Na czworaka doczłapałem się do domu i ignorując prysznic padłem na kanapę. Jednak przeliczyłem się co do możliwości zaśnięcia, bo to nie nastąpiło. Rano podniosłem się z zajmowanego miejsca, wziąłem prysznic i ruszyłem do pracy.


>Sylvain?<

sobota, 23 lipca 2016

Od Aarona CD Sylvaina

- Śpij tu... - mruknąłem, patrząc na niego z lekkim zdenerwowaniem, lub troską. - I przepraszam... To nie tak, że ja nie chcę żebyś tu przychodził, po prostu... - zacząłem, ale prawda była taka, że chłopak by mnie zwyczajnie wyśmiał. Moje obawy były irracjonalne, chłopak nie dawał mi żadnych podstaw, żebym sądził, że on odejdzie, że kiedyś zniknie z mojego życia, jak wszyscy inni, może nie wiedziałem czemu odeszli, ale on nie był jak inni. Wierzyłem w to, przez ten cały czas przekonywałem sam siebie do czegoś w co ciągle wierzyłem. - Po prostu przepraszam. To było okropne, nie powinienem się tak zachowywać, ani tym bardziej tak mówić. - mruknąłem i spojrzałem na chłopaka. Ten uśmiechnął się do mnie, podnosząc nieco i po prostu mnie przytulił. Zrezygnowany po raz kolejny poczułem, że chce mi się płakać. Ostatnio za często pozwalałem sobie na pokazywanie emocji, zbyt szczerych bym sam mógł je dobrze zrozumieć. Zrezygnowałem ze wszystkiego czego tak mocno trzymałem się przez ostatnie dwa lata jakie pamiętam i objąłem go mocno, wtulając twarz w zagłębienie jego szyi. Zdążyłem zapomnieć jak przyjemnie było czuć, że masz kogoś obok siebie, i kiedy Tobie tak bardzo na tej osobie zależało.
- Ja się wcale nie gniewam - uśmiechnął się i pogładził mnie po włosach. - Masz fajne loki - zaśmiał się, zawijając je sobie na palec. Cały czas szeroko się uśmiechał przez co i ja cicho się roześmiałem.
- No śpij, nie bądź głupi.
- No to się kładź - zarzucił mi ze śmiechem - Rób to dobrowolnie, bo ranny i tak mam więcej siły od Ciebie - uśmiechnął się, a ja poczułem się szczęśliwy, naprawdę. Chciałem mieć takiego przyjaciela jak Sylvain, kogoś komu mogłem zaufać i dziękowałem losowi oraz złej pogodzie, że ponownie postawił go na mojej drodze, nie zostawiając mnie samego. - Dobra, sam tego chciałeś - udając zdenerwowanie, złapał mnie dłońmi w pasie i przerzucił na drugi koniec łóżka, nim zdążyłem się jakkolwiek poruszyć.
- Idiota - wymierzyłem w niego palec, na chwilę zapominając o jego bolącej głowie. - Ale śpij już, powinieneś dobrze odpocząć i o nic się nie martw. - spojrzałem na niego. Grzecznie skinął głową i ułożył się na poduszce. Mnie jednak, kompletnie odechciało się spać. Odczekałem kilkanaście minut i niemal pewny, że już śpi podniosłem się z łóżka z zamiarem wyjścia z pokoju.
- Aaron? - wyższy odezwał się, mimo wszystko unosząc głowę z poduszki - Dziękuję Ci, za wszystko - mimo ciemności, dosłownie widziałem jego uśmiech, który odwzajemniłem.
- Śpij - westchnąłem i wyszedłem z pokoju. Pewien, że nic w tym czasie się nie stanie, wyszedłem na dwór pobiegać.
Troska nie pozwoliła mi na dłuższy wysiłek, po półgodzinie wracałem sprintem do domu, by zobaczyć jak się czuje mój (mówiąc oficjalnie) przyjaciel. Wbiegłem do domu z dziwną radością, wiedziałem, że ten dzień będzie bardzo udany, czułem się dobrze. Pierwszy raz pod dawna było naprawdę dobrze. Od dawna... Jakby się dobrze zastanowić to od mojego "zawsze". Gdy otworzyłem drzwi do sypialni, chłopak jeszcze spał. Doszedłem do wniosku, że dobrym pomysłem było zrobienie mu śniadania. Przygotowałem talerz pełen naleśników z truskawkami i bitą śmietaną, a do tego porcję tostów z serem, ziołami i sosem pomidorowym, według mojego własnego przepisu. Nalałem do szklanki sok pomarańczowy i wszystko zaniosłem do swojej sypialni stawiając je na stoliku.
Jeśli gdzieś mamy brudzić to tylko w jednym pokoju.
- Wstawaj - szturchnąłem go lekko w ramię, niepewny czy mogę go obudzić, chłopak jednak niemal natychmiast otworzył oczy.
- Coś ładnie pachnie - stwierdził na powitanie, rozglądając się po pokoju, a ja poczułem się lekko zmieszany.
- Tak... Pomyślałem, że może jesteś głodny - podrapałem się po głowie z lekkim zażenowaniem.
- Ale Ty też musisz coś jeść, powinieneś więcej niż do tej pory - wzruszyłem ramionami, gdy nagle on spróbował wstać.
- Nie - zatrzymałem chłopaka dłonią - Nie możesz tak gwałtownie wstawać, możesz dostać zawrotów głowy - nagle i bezpodstawnie zaskoczył mnie fakt, że mówię do niego pełnymi zdaniami - Lepiej usiądź i nie przejmuj się, posprzątam tu kiedyś. - podałem chłopakowi tacę z parującym posiłkiem i skierowałem się do wyjścia.
- Nie poczekaj, Ty też musisz coś zjeść - poprawił się na łóżku, a ja złapałem jednego naleśnika. Sylvain spojrzał na mnie zaskoczony. - Sam to zrobiłeś?
- Ta... Trochę gotuje... - zarumieniłem się zmieszany, nie lubiłem być chwalony, miałem wrażenie, że wtedy zawsze wszystko pogarszam.
- Trochę? To jest pyszne! - zachwycił się z zaangażowaniem przeżuwając kolejnego naleśnika.
- Ja... Dziękuję - zarumieniłem się jeszcze mocniej, na co chłopak się zaśmiał. - A jak głowa? - spytałem, a on nieco się skrzywił. Ból wypisany był na jego twarzy, nie wiem po co spytałem.
- Trochę boli, ale jest lepiej - wiedziałem, że kłamie, bo nie chciał mnie martwić, ale nie mogłem mu dać kolejnego proszka, żebym nie podał mu zbyt dużej dawki.
- Niedługo powinno Ci przejść, bardzo mocno się uderzyłeś - stwierdziłem.
- Nie, nic mi nie jest, i tak niedługo muszę wracać...
- Nie ma mowy - uprzedziłem go - Nie mogę wypuścić Cię przed wieczorem, nie minęły dwadzieścia cztery godziny. Poza tym jedz, niedługo muszę Ci zmienić opatrunek - dotknąłem jego bandaża, czy przypadkiem nie przesiąkł krwią, ale wszystko było dobrze.
Chłopak pochłonął całe śniadanie, musiał być naprawdę głodny.
- Dziękuję - uśmiechnął się i wytarł twarz w serwetkę, a ja bez słowa odwinąłem mu bandaż, sprawdzając czy do rany nie wdało się zakażenie.
- Łaskoczesz mnie - zadrżał, a ja zacząłem się śmiać.
- Przepraszam, już nie będę. - uśmiechnąłem się do chłopaka i zawiązałem kokardkę z boku jego czoła.
Reszta dnia przebiegła dość nudno, zwłaszcza, że przez jego większość byłem w pracy, a gdy z niej wróciłem chłopak był gotów do wyjścia.

***

Staliśmy pod domem przywódcy, kiedy żegnałem się z chłopakiem. 
- Uważaj na siebie, pamiętaj, nie połykaj zbyt wielu proszków, nie przemęczaj się, żadnych treningów, żadnego dźwigania ciężkich rzeczy i chodzisz wcześniej spać. I musisz dużo jeść, straciłeś sporo krwi, a to ma dobry wpływ - wyliczałem wszystkie jego obowiązki, wątpiąc, że jeszcze mnie słucha. 
- Dobrze, będę grzeczny - zaśmiał się, a jego tęczówki dosłownie iskrzyły. 
- Do zobaczenia - zdobyłem się na ostatni uśmiech w jego stronę, który chłopak szeroko odwzajemnił. Odszedłem spod jego domu spokojny jak nigdy.

>Sylvain? Aaron w końcu się cieszy xD <

Od Aarona CD Vanessy


***

- Bu! - zawołała dziewczyna, zeskakując przede mną z drzewa, zaskoczony cofnąłem się do tyłu, uderzając w kamień i upadłem na ziemię.
- Cześć Aaron! - roześmiała się głośno i pomogła mi wstać.
- Głupia - skwitowałem jej zachowanie, otrzepując ubranie z piasku, mimo wszystko chciało mi się śmiać. - Więc kiedy to zwykłe i przeciętne podróżowanie po ziemi stało się takie nudne, że postanowiłaś z niego zrezygnować? - spytałem, starając się być dla niej miłym.
- Mniej więcej wtedy, kiedy się urodziłam - podskoczyła do góry, buzując energią.
- Oh Boże, czy Ty nie potrafisz ustać w miejscu? - zaśmiałem się, lekko uderzając ją w ramię.
- Nie. To nudne. - miałem wrażenie, że ją uraziłem, natychmiast się uspokoiła. Dalszą drogę przeszliśmy w  niezręcznej dla mnie ciszy.
- Hej - zacząłem - A tak w ogóle to co tu o robisz, znaczy tu w obozie? - zapytałem - Znaczy wiesz... Jesteś tu sama no i przecież jesteś jeszcze młoda? - zmarszczyłem brwi zerkając na nią. Włosy dziewczyny powiewały na wietrze razem z poruszającymi się cienkimi gałązkami, wielkich drzew.
- Pytasz co tu robię? Czy czemu jestem młoda? - wzruszyła ramionami, mimo że próbowała żartować, wiedziałem, że to ją zirytowało.
- Zgaduj - odparłem krótko, drapiąc się po karku.
- Jestem tu i już, to nie powinno mieć dla Ciebie znaczenia - niemal warknęła. Była to kolejna osoba, która bała się mówić o przeszłości. Może i byłem jej ciekaw, większość obozowiczów kryło się za naprawdę smutną historią, czasem nawet zaskakującą. Przez krótką chwilę zabolał mnie fakt, że ja nie miałem żadnej.
- Okej, masz rację. To tylko i wyłącznie Twoja sprawa, ja sam nawet nie wiem co tu robię - wzruszyłem ramionami, zmuszając do śmiechu. Dziewczyna nie raczyła mnie jednak zwykłym uśmiechem. W dość krótkim czasie doszliśmy pod miejsce mojej pracy, gdzie powitała mnie radosna pielęgniarka. Rude loki, spięte w kucyk omiatały jej całą zbyt szeroko uśmiechniętą buzię.
- O nie... - jęknął - Pomóż mi - syknąłem patrząc na krótki strój pielęgniarki, który biegnąc do mnie (mam nadzieję, że nieświadomie) cały czas podwijała.
- Cześć! Przyszłam Ci tylko powiedzieć, że dzisiaj masz masę pracy, więc może skoro będziesz taki bardzo zmęczony, spotkamy się wieczorem? - spytała trzepocząc rzęsami.
- Aaron - zaczęła Vanessa, udając oburzenie. - Obiecałeś się dziś spotkać ze mną! - zarzuciła mi dłoń na ramię, a ja poczułem ogromną chęć odepchnięcia jej.
- Jak to? - Lucy spojrzała na mnie zaskoczona i ze złością. Zachowywała się jak zakochana we mnie nastolatka. Nic jej nie obiecałem, o niczym jej nie mówiłem, a wręcz przeciwnie. Przez ten cały czas otwarcie dawałem jej do zrozumienia, że nawet nie lubię tej kobiety. Dziewczyna była irytująca i nachalna, a ja zbyt dumny (lub może taktowny)  żeby powiedzieć jej to prosto w oczy.
- Jak... Um... Widzisz... Jestem po prostu zajęty - spojrzała na mnie i dosłownie uderzyła mnie w twarz. Zaskoczony  nie wiedziałem jak zareagować, i nawet nie musiałem, bo odwróciła się i niemal pobiegła do szpitala.
- Cholera... - przyłożyłem dłoń do twarzy i spojrzałem na Vanessę.
- Ciekawie tu u was, szkoda, że nie znalazłam się w obozie wcześniej - zaśmiała się - A co do wieczoru, to dzisiaj? Jazda motorem?
- Ale skąd Ty... - spytałem zaskoczony faktem, że ktoś dowiedział się o moim ukochanym skarbie.
- Widziałam - odparła tylko, po czym odwróciła się i odeszła.

> Vanesso? Obiecuję, następnym razem będzie dłuższe i fajniejsze. Mam już pomysł xd<

piątek, 22 lipca 2016

Od Aarona CD Sylvaina

Po wizycie chłopaka, jeszcze długi czas czułem się niezręcznie.
Nawet o tym myślałem, nie chciałem żeby mnie przepraszał, nie dlatego, że wcale nie było mi przykro. Ale wyrzuty sumienia, powodowały przeprosiny. Przeprosiny, odwiedziny. Odwiedziny, rozmowę. Rozmowa, przywiązanie, które ma bardzo wiele, często przykrych scenariuszy. W ten sposób czułem się jeszcze bardziej zmieszany. Z jednej strony chciałem, żeby przestał mnie odwiedzać, nie przychodził i dalej żyłem w przekonaniu, że zaraz o mnie zapomni. Byłem tylko jednym z wielu nowych, którzy po prostu nie zdążyli odnaleźć się w nowym otoczeniu. Z drugiej jednak strony ciągnęło mnie do Sylvaina, chciałem żeby był blisko. Chciałem mieć kogoś dla kogo byłbym Aaronem, a nie, jednym z medyków.
Nie rozumiałem tego panicznego strachu przed bliskością, chociaż nie... rozumiałem. Uh... Nie, to było dla mnie trudne. Wiedziałem, że się poddam, przegram swoją własną walkę i naprawdę się z tego powodu cieszyłem, nie powinienem.

***

Poranek zaczął się dla mnie wyjątkowo wcześnie. Wraz ze wschodem słońca, wyszedłem pobiegać po pobliskiej plaży by nieco rozbudzić się po ciężkiej nocy. Ostatnio słabo sypiałem. Wysiłek pozwolił mi dojść do siebie, wróciłem do domu, żeby wziąć szybki prysznic, po którym przebrałem się w ciemną koszulę w kratę i ciemne spodnie. Ignorując brak śniadania, ruszyłem do pracy. Dziwiłem się, że mimo wszystko, nikt mnie tam nie zna, wszyscy odnosili się do mnie w tak życzliwy sposób. Jedna dziewczyna kleiła się do mnie aż za bardzo. To nie moja wina, że wyglądałem jak jakieś słodkie dziecko z okładki, ale ona mnie bardzo irytowała. Mówiąc o uroczej Lucy, właśnie krzątała się po moim gabinecie, zwyczajnie tu sprzątając.
- Lucy - zwróciłem jej uwagę już dosłownie wkur*iony - Rozumiem, że próbujesz być miła i kochana, ale jesteś pielęgniarką. Czemu tu sprzątasz - zmrużyłem powieki, obserwując jak grzebie mi po szafkach.
- Aaron, jesteś taki zabiegany. Potrzebujesz kogoś kto zadba o takie drobiazgi, a nikt nie robi tego lepiej - zamruczała, a ja odwróciłem się do okna, chcąc przestać na nią patrzeć.
- Nie mam teraz nikogo? - spytałem w przestrzeń, słysząc jak zbliża się do mojego biurka. Jak na zawołanie ktoś zapukał do drzwi, wykrzykując moje imię.
- Miłego dnia Lucy! - krzyknąłem z ogromną radością i wybiegłem z pokoju rozrzucając dookoła papiery z zapisami pacjentów na następne dni. Dalsza część dnia była przepełniona pracą i obowiązkami, nie pozwalając mi skupić myśli na niczym innym. Nawet nie zauważyłem kiedy cały dzień dobiegł końca.
Schowałem do kieszeni spodni klucze i wyszedłem z ogromnego budynku, który zawsze, po tylu godzinach przyprawiał mnie o nieprzyjemne dreszcze. Byłem wykończony, ledwo co otwierając oczy stawiałem kolejne drogi po kamiennej drodze czując jak całe moje ciało oblewa deszcz. Myślami byłem w swoim łóżku, okryty kołdrami w cudownej krainie snu, oczywiście zaraz po rutynowym czyszczeniu, naprawionego już motoru. Jednak nie mogłem cieszyć się wolnością, mój wzrok przyciągnęła leżąca na ziemi postać. Tuż pod moim domem. Gęstwina deszczu nie pozwoliła mi określić jej tożsamości.
- Sylvain - mruknąłem sam do siebie, nie kryjąc przerażenia. Pochyliłem się do niego ściągając swoją kurtkę, przykryłem nią chłopaka. Po sprawdzeniu czy oddycha, przekręciłem go na bok. Z jego głowy płynęła krew, brudząc jego włosy. Odgarnąłem je z twarzy chłopaka i gorączkowo myślałem nad tym co zrobić. Nie uniosę go sam, był wyższy i cięższy ode mnie. Nie dam rady, nie w postaci człowieka. Odsunąłem się od chłopaka, poddając się przemianie. Zawsze była dla mnie wyjątkowo bolesna, jednak zmieniało się tylko to, że miałem skrzydła i więcej siły. Kiedy szum w głowie ustąpił, ogarnęło mnie błogie i spokojne uczucie. Jednak nie pozwoliłem mu się poddać, i z mniejszą trudnością podniosłem chłopaka. Jakimś cudem doniosłem go do swojej sypialni i położyłem do swojego łóżka, stając się na powrót zwykłym, nudnym nadnaturalnym.
W głowie układałem plan jak pomóc chłopakowi, mógł mieć wstrząs, a ja nie miałem czasu na szpital.
Zerknąłem na jego włosy, rana nie była na tyle głęboka by trzeba było je ścinać. Przyniosłem mokre ścierki, ciepłą wodę, leki przeciwbólowe, zwykłą wodę w butelce i nożyczki. Najważniejsze było ciepło, zdjąłem jego przemoczone ubrania, przykrywając chłopaka kołdrą i kocem. Mokrymi ścierkami zmoczyłem jego włosy i czoło, ścierając zeschniętą krew.
- Co Ty sobie zrobiłeś - mruknąłem sam do siebie. Delikatnie zabandażowałem jego głowę, wcześniej odkażając ranę. Więcej teraz zrobić nie mogłem.
Przysunąłem sobie krzesło opierając głowę o materac łóżka, zacząłem kontrolować jego oddech. Nie miał wstrząsu, ewentualnie opóźniona reakcja, ale co jeśli dostanie ataku? Nie mogłem zostawić go samego, a co za tym idzie, iść spać. Mimo wszystko zapadł zmrok, cały obóz ogarnęła kompletna cisza, a mnie niewysłowione zmęczenie. Zamknąłem oczy, dosłownie na chwilę, ale ta chwila wystarczyła, żebym zapadł w sen.

***

Coś trącało mój policzek, zmuszając mnie do tego żebym otworzył oczy, dopiero teraz zorientowałem się, że faktycznie zasnąłem.
- Sylvain? - spojrzałem na niego zdezorientowany podnosząc głowę. Nieprzyjemny ból przeszedł przez mój kark.
- Co się stało? - spytał zdezorientowany faktem, że leży w moim łóżku.
- Przewróciłeś się i uderzyłeś w głowę. - wytłumaczyłem w skrócie. - Śpij, nie przejmuj się, albo czekaj. Połknij to - pomogłem mu się podnieść i podałem mu proszek z wodą. - Teraz śpij. Jutro wszystko Ci wyjaśnię - próbowałem go uspokoić i chyba mi to wyszło bo ledwo przytomny położył się ponownie, kiedy ja spokojny opuściłem pokój i położyłem na kanapie w salonie.


>Sylvain?<

Od Aarona CD Vanessy

Dzisiejszy dzień był wyjątkowo ciężki. Więc po wszystkim nieco przerażał mnie fakt, że grube, szpitalne mury opuszczałem zupełnie sam. Po jednej z jakby to nazwać "sesji z klientem”, ogarnął mnie niepokój, a każdy krok przyprawiał mnie o dreszcze. W głowie wciąż miałem słowa zmarłej kobiety, krzyczała, że pożałuję, że zapamiętam swój błąd. To prawda "grożono" mi już wiele razy i chyba za każdym budziło to we mnie taki sam strach i niepokój jak wcześniej. Zabawa z zaświatami była złym pomysłem, ale skoro rozmowa ze zmarłymi przychodziła mi z taką łatwością chciałem podzielić się tym z innymi, którzy potrzebowali pożegnania, podejmowałem wiele prób kontrolowania poczynań zmarłych dusz, nawet przywracania im cielesności, ale póki co umiałem, na krótką chwilę zmusić je do rozmowy, pozwolić na kontakt, prawdziwe słowa. Miałem nad nimi kontrolę, ale nie taką jakiej chciałem, więc i one zmuszały do rozmowy mnie.  Zagrożenia nadal były ogromne...

Wraz z ostatnim przekręceniem kluczyka w drzwiach, puściłem się biegiem przez szpitalne korytarze, mając na uwadze jak wiele osób straciło na nim życie, adrenalina zaczęła buzować w moich żyłach na tyle mocno, że na chwilę straciłem kontrolę nad własnym ciałem, pozwalając by zabrakło mi tchu w piersiach. Wybiegając w mrok poczułem ulgę, jednak nadal buzowałem energią, zdecydowałem się na bieg po plaży. Takiego odpoczynku potrzebowałem. Chwili dla siebie, czegoś czego o późnej porze nie przerwie mi nikt.

***

Stawiałem kolejne kroki ciesząc się samotnością i lekką bryzą, owiewającą moje nogi. Jak się czułem? Jak w raju, biegnąc miałem wszystko czego chciałem każda emocja jakby zostawała w tyle, odrywając mnie od smutnych codzienności. Jednak wszystko co dobre kiedyś się kończy.
- Aaron! - krzyknęła postać, której nie zdążyłem rozpoznać przez fakt, że dosłownie w nią wpadłem. Zatoczyłem się na piasku, podniosłem i otrzepałem ubrania.
- Billy? - uniosłem brew do góry, obserwując jak grubszy próbuje wstać. Chłopak był moim pacjentem kilka dni temu, skarżył się na ciągły ból brzucha.
- Aaron! - powtórzył, ciesząc się na mój widok. - Choć ze mną, jest ognisko! Będzie świetnie! - krzyczał chaotycznie, po czym złapał mnie za nadgarstek, ciągnąc do dużego zbiorowiska osób, na których widok wcale nie miałem ochoty.
Młodszy wprowadził mnie w grupkę witających się ze mną ludzi. Z kilkoma wymieniłem koleżeńskie spojrzenia, i na tym miałem skończyć, gdy moją uwagę przyciągnęła dziewczyna przy ognisku. Dokładniej jej zabandażowane ręce.
W mojej głowie zaczęła toczyć się walka między wyćwiczonym charakterem zwykłego ch*ja, a naturą Anioła, która tym razem (czytaj każdym) wygrała. Podszedłem do dziewczyny, która w mało kulturalny sposób zbyła moją osobę. Ale ja wcale nie miałem zamiaru się poddawać.
- Posłuchaj to wygląda poważnie, a bandaż jest brudny - spojrzałem na zaczerniony w kilku miejscach materiał, zdając sobie sprawę jak wiele bakterii właśnie otacza jej rany.
- I co?! – wrzasnęła, wybuchając- Pójdziemy panie medyku do Twojego gabinetu świetnie się razem bawić? - krzyczała na mnie, Bóg jeden raczy wiedzieć z jakiego powodu. Zirytowany zrobiłem krok do tyłu zostając na straconej pozycji.
- Okej, okej. Chciałem tylko pomóc, ale nie udawaj, że te siniaki Cię nie bolą - wzruszyłem ramionami z dłońmi w górze, w obronnym geście. Odwrócony zamierzałem wrócić do domu, gdy mimo wszystko dziewczyna kolejny raz się odezwała:
- Pomożesz mi to ogarnąć i odwalasz się, jasne? - wlepiła we mnie wściekłe spojrzenie.
- Jasne, jasne. Aaron jestem - przedstawiłem się niechętnie, ale grzecznie i wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, którego nie odwzajemniła.
- Vanessa -  odburknęła nieprzyjemnie.
Dalszą drogę przebyliśmy w niemal kompletnym milczeniu, co pozwoliło mi skupić się na własnych problemach.
- Słyszałeś to? - zapytała nagle, z wyraźnym niepokojem, a ja przystanąłem zaraz za nią.
- Co takiego? - spytałem zdezorientowany wytrąceniem z myśli. Nie musiałem długo czekać. Za nami wyraźnie coś było. Przełknąłem ślinę, nie mogłem przyznać się do tego, że boję się ciemności, ani do tego, jak bardzo przerażała mnie wizja tego co za chwilę miało się stać. Wziąłem duży haust powietrza wstrzymując oddech i razem z dziewczyną odwróciliśmy się w poszukiwaniu wroga. Cóż, jak to mówią: „kiedy bardzo czegoś chcesz, to ponoć to dostajesz”. Dosłownie z powietrza otoczyło nas dwoje, jak się po chwili domyśliłem łowców.
- No proszę. Kolejne szczeniaki, które zapomniały o ciszy nocnej? Przed chwilą załatwiliśmy całą bandę – warkną, a każde słowo zabrzmiało tak jakby próbował je wypluć. Spojrzałem na dziewczynę, zgięta w pół szykowała się do ataku. Nie.
- Vanesso, nie wiem co chcesz zrobić ale nie mo... – zacząłem, ale nie dane było mi skończyć. Moja towarzyszka zmieniła się w... Kota? Wszyscy na chwilę straciliśmy koncentrację, a kobieta zaatakowała. Rozejrzałem się po otoczeniu. Ile bym teraz oddał za mięśnie! Podczas gdy gepard wdrapywał się w skórę przeciwników, ja unikałem ciosów jednego z nich, nie mogłem go zabić. Wziąłem zamach i wymierzyłem mu mocne kopnięcie w brzuch. Poprawka, nie było mocne, ale sprawiło, że chłopak się cofnął, a ja wykorzystałem swoją szybkość, atakując dalej. Tu, kocica bardzo mi pomogła, oh pomogła. Załatwiła całą sprawę za mnie, wgryzając się w szyję oszołomionego.
- Dziękuję - mruknąłem do dużo niższej już dziewczyny.
- Słaby jesteś – skwitowała, a ja zignorowałem jej uwagę ruszając do przodu. Lepiej by było gdybym jednak opatrunek zmienił w swoim domu. Tak, do niego było bliżej.


>Vanesso? Trochę byle jak, ale minimalny brak pomysłu, wybacz<

czwartek, 21 lipca 2016

Od Aarona CD Sylvaina

Uchyliłem powieki zaniepokojony dziwnym dźwiękiem, a moim oczom ukazała się sylwetka Sylvaina. Jęknąłem cicho zirytowany i zaskoczony jego odwiedzinami. Nie chciałem urazić chłopaka, ale z jednej strony go tu nie chciałem, ze zwyczajnego strachu, a z drugiej... Oddałbym wszystko, żeby mieć kogoś kto by czasem tu był...
- Ja... Uh... To nie tak - zacząłem się tłumaczyć, ale szczególnie dobrze mi to nie wyszło - Przepraszam... - westchnąłem. Przez te dwa lata marzyłem, żeby mieć przyjaciół, znajomych, kogokolwiek... Ale co jeśli znowu będę musiał wszystko oddać? Co jeżeli znowu popełnię błąd? Bałem się strat, przywiązania. I ten strach chyba właśnie mnie ogarniał. A raczej na pewno, chłopak położył mi dłoń na ramieniu, musiałem wyglądać komicznie.
- Ej przecież nic się nie stało - usprawiedliwił mnie - Wszystko dobrze? - spojrzałem ciemnowłosemu w oczy, dostrzegając w nich prawdziwą troskę. Właśnie to przeważyło nad wszystkim innym. Pod powiekami poczułem piekące łzy. Coś do mnie wróciło, a ja oddałbym wiele, za to, by były to prawdziwe wspomnienia, jednak jedynym co do mnie dotarło była pustka i fakt, że nie pamiętam.
- Nie... Nie do końca - spróbowałem przełknąć łzy, ale gdy zrozumiałem, że to nie ma sensu, podniosłem się i ruszyłem do łazienki. Ból moich ran minął niemal zupełnie, więc nie miałem z tym najmniejszych problemów.
Przepłukałem twarz wodą kilkukrotnie, łapiąc głębsze wdechy, co pozwoliło mi się uspokoić. Przesadziłem, on pewnie ledwie pamięta moje imię, nie jest moim nawet znajomym. Dzisiaj opuści mój dom i wiedząc, że czuję się już dobrze, nie wróci. Przeczesałem włosy i wróciłem do chłopaka, który mocno zaskoczony siedział na kanapie.
- Co się... - zaczął, ale przerwałem mu machnięciem ręki. Mój wzrok natychmiast przyciągnęły kanapki, leżące na stoliku.
- Jej... - westchnąłem czując jak bardzo byłem głodny. - Dziękuję... Nie musiałeś - mruknąłem, mimo wszystko wpychając sobie do ust jedną kanapkę. Sylvain roześmiał się głośno widząc, jak nieudolnie staram się wszystko przełknąć. - Choć, zrobię Ci coś do picia. - chcąc się mu jakoś odwdzięczyć, ruszyłem do kuchni i wstawiłem wodę na herbatę. Chłopak wszedł za mną, rozglądając się po słabo oświetlonym pomieszczeniu. Zdziwiło mnie to, bo może poza idealnym porządkiem moja kuchnia nie wyróżniała się niczym spośród innych na świecie.
- Co Ty robisz? - zaśmiałem się, siadając na blacie.
- Ja? Nic... U Ciebie tak wszędzie? - spytał jakby zakłopotany.
- Wiesz... W sumie tak, no może poza sypialnią - wzruszyłem ramionami, w momencie, gdy czajnik zagwizdał. Ze szklanej szafki wyjąłem dwa, zwykłe kubki białego koloru, do których wrzuciłem po torebce herbaty i zalałem wrzątkiem.
- Wiesz... Ja tak nie mam - stwierdził, na co się zaśmiałem - Znaczy, nie żebym miał bałagan czy coś! - zaczął się tłumaczyć.
- Wiem, wiem - uśmiechnąłem się szeroko.
- Znasz już wszystkie tereny naszego obozu? - zagadnął nagle, upijając kolejne łyki słodkiego płynu.
- Ja... Właściwie to nie.
- No to świetnie. Dziś jest akurat idealny dzień, żeby pokazać Ci co trzeba. - zmarszczyłem brwi nieco zdenerwowany. 
- Ale dziś miałem iść po części do motoru! - cholera, czy on nie wie jakie to dla mnie ważne?
- Trudno - westchnął - To nie mój problem - uśmiechnął się szeroko, odsłaniając dwa rzędy białych zębów.
- To ja się może przebiorę - spojrzałem z rumieńcami na swój strój składający się z bokserek i luźnej, białej koszulki. Bez słowa zsunąłem się z blatu i pobiegłem do zabałaganionego pokoju, wyciągając z szafy zakładany przez głowę bawełniany sweter w bordowym kolorze i nieco przylegające, czarne spodnie. Wolnym krokiem zacząłem wychodzić z pokoju. Sylvain był już w salonie przyglądając się jedynemu w całym domu zdjęciu. 
Przedstawiało ono trzy osoby kobietę, szczupłą, wysoką o bujnych i długich ciemnych lokach takie jak moje. Właściwie była taka jak ja, poza oczami, moje były błękitne przy jej przyjemnie fiołkowych. Obok stał nieco niższy chłopak, można by powiedzieć, że jej kompletne przeciwieństwo gdyby nie ten sam kolor oczu. A obok... No cóż, może ja. Chłopak, niski, na oko cztery, może pięć lat. Głowa wypełniona brązowymi lokami, ogromne niebieskie oczy i słodki szeroki uśmiech.
- To Ty? - spytał z lekkim śmiechem. Mnie jednak wcale nie było do śmiechu. Gwałtownym ruchem zakryłem zdjęcie, kładąc je poziomo.
- Nie wiem - syknąłem, czując jak napinają się wszystkie swoje mięśnie. Co miałem mu powiedzieć? Wypuściłem powietrze z płuc zerkając na niego - Przepraszam. Ja po prostu nie wiem...  - przełknąłem ślinę zły na siebie za niepotrzebny wybuch złości.
- Nic się nie stało - uspokoił mnie z uśmiechem i poklepał po ramieniu. - To co idziemy? - spytał poszerzając wyraz swojej twarzy. Skinąłem głową gdy opuściliśmy mój dom. 

***

Sylvain pokazywał mi salę treningową, jednak średnio byłem tym zainteresowany. W głowie kłębiło mi się zbyt wiele myśli.
- Aaron - usłszałem swoje imię, które jakoś wyrwało mnie z zamyślenia. - Jakiej jesteś rasy? - spytał wprost, nieco mnie tym zaskakując.
- Ja? Ja... - zastanowiłem się chwilę jakbym nie znał odpowiedzi - Jestem Aniołem - mruknąłem bez większego zainteresowania. - Sylvain... Dlaczego mieszkasz sam z siostrą? Co z Twoją rodziną? - szybko pożałowałem tego pytania. Chłopak zacisnął dłonie w pięści, a na jego szyi pojawiły się wyraźne żyły.
- Nic. To nie Twoja sprawa. - burknął, rzucając mi wściekłe spojrzenie. Zdziwiony zrobiłem krok w jego stronę, z pięści uderzając go w ramię.
- Przepraszam. Więcej nie zapytam - mruknąłem. Grzecznie pożegnałem się z chłopakiem i biegiem wróciłem do domu.
>Sylvain?<


środa, 20 lipca 2016

Od Aarona

Molestowałem swoje buty kolejnym kilometrem biegu. Płuca paliły mnie od zimnego powietrza, które rozdzierało powoli cały mój organizm, chyba miałem dość. Zwolniłem tempo biorąc ostatni zakręt w lewo po czym wbiegłem sprintem w ostatnią prostą prowadzącą do mojego domu. Zatrzymałem się na chodniku i zgiąłem w pół opierając dłonie o swoje żebra. Policzyłem do dziesięciu i wstałem idąc do domu. Przekręciłem klucz w wysokich, jasnobrązowych drzwiach, które otworzyły się z przyjemnym skrzypnięciem.
 Wszedłem do domu odkładając buty na miejsce, kiedy zegar wybił godzinę czternastą. Kontynuując rutynę swojego dnia, zjadłem przygotowany wcześniej obiad, wziąłem długi, gorący prysznic, który pomógł mi zmyć całe moje zmęczenie. Zawinąłem swoje loki w niebieski, przyjemnie puszysty ręcznik. Łazienka zaparowała od gorącej wody, więc przetarłem papierem lustro, przyglądając się swojemu odbiciu. Zmęczenie niemal całkowicie zniknęło z mojej twarzy zostawiając po sobie jedynie cienie pod oczami.
Poszedłem do swojego pokoju otwierając szafę wypełnioną ubraniami. Zacząłem szukać czegoś odpowiedniego na dzisiejszy wieczór. Stałem chwilę przyglądając się wszechobecnemu bałaganowi. Wyjąłem czarną koszulkę i zwykłe jeansy poirytowany moim nieporządkiem. Po stwierdzeniu, że ciemne buty firmy nike będą idealne do całego stroju, zawróciłem do łazienki, żeby użyć perfum. Kończąc przeczesałem dłonią włosy i wyszedłem z domu.
Do miasta droga była dość daleka, jednak wolałem nie ryzykować rozwaleniem motoru po pijaku.

***

Głośna muzyka uderzyła do mojej głowy znacznie mocniej niż się spodziewałem. Wielu ludzi kręciło się dookoła mnie, ale starałem się ich ignorować. Nie byłem jeszcze pijany, by wdawać się z nimi w bliższe kontakty.
Przedzierałem się przez różnorodne, niekoniecznie przyjemne zapachy starając się oddychać ustami. Usiadłem przy barze, a moją uwagę przyciągnął przystojny barman.
- Ej Ty - mruknąłem do niego, przyglądając się ruchom ciemnego blondyna. Oblizałem wargi z uśmiechem, gdy w końcu skierował na mnie spojrzenie.
- Mogę w czymś pomóc? – spytał, odwracając się do mnie, odkładając wypolerowany już kieliszek.
- Hmm... Szeroki uśmiech, jedno martini i Twój numer - zagryzłem wargę rozglądając się po pomieszczeniu. Głośna muzyka zagłuszała wszelkie rozmowy, więc słychać było tylko zduszone krzyki. Czerwone ściany nieco kontrastowały z szarą boazerią. Jednoznaczne pozy przedstawione na obrazach wcale nie kompromitowały tego miejsca. Nawet źle rozmieszczone kanapy, uniemożliwiały ludziom taniec.
- I Ty tu pracujesz? – zadrwiłem, na co chłopak zmierzył mnie spojrzeniem, stawiając przede mną kieliszek i małą zgiętą karteczkę pod nim.
Upiłem łyk martini, który z dziwną łatwością uderzył mi do głowy. Nigdy nie miałem najlepszej głowy do alkoholu. Mimo wszystko wypiłem jeszcze pięć, sześć, ewentualnie siedem kieliszków, kto by je liczył. Po wszystkim naszła mnie pilna potrzeba skorzystania z toalety. Kilka osób postanowiło zaczepić mnie po drodze jednak wyminąłem ich "szerokim łukiem" i wszedłem do łazienki. Cóż za fantastyczne miejsce. Ze ścian czerwona tapeta dosłownie odpadała zabrudzona, och no bądźmy szczerzy... Spermą. Zignorowałem potrzebę czując jak zbiera mi się na wymioty. Zatoczyłem się przed drzwiami i opuściłem obskurne miejsce, jednak gdy wyszedłem spotkało mnie niemiłe zaskoczenie. Zamiast głośnej, wypełnionej ludźmi sali znalazłem... ładny i uporządkowany korytarz, już nie krwisto-czerwony, a blado-żółty z chłodnymi, białymi płytkami na podłodze.
Niewiele myśląc (właściwie to w ogóle nie myślałem) wparowałem do pierwszego lepszego pokoju. Tamtego jednak widoku nie mogłem zwalić na alkohol. Na łóżku leżał nagi chłopak. Miał ciemne, dość krótkie włosy, duże, ale ładnie wyglądające mięśnie i wspomniałem, że był nagi? Wpatrywałem się w niego jeszcze chwilę nim spostrzegłem, że chłopak umm... robi sobie dobrze. Mój nowy towarzysz spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem.
- Um... Ja... Em... Przepraszam, już wychodzę - wydusiłem nieco niewyraźnie.
- Nie, jest spoko - zatrzymał mnie - Może masz ochotę mi pomóc?


>Chris? XD<

Od Aarona CD Sylvaina

Byłem szczęśliwy. Przez chwilę wpatrywałem się na zmianę w maszynę i chłopaka z szerokim uśmiechem. Cały czas ignorowałem uporczywy ból jaki omiótł całe moje ciało i jeszcze przez chwilę korzystałem z błogiego spokoju. Zniszczenia, co dziwne, nie były duże, więc nie miały dla mnie większego znaczenia. Sylvain podszedł do mnie łapiąc za kierownicę, a ja schyliłem się by pociągnąć za złamaną nóżkę. A raczej spróbowałem się schylić, ból mojej nogi rozszedł się po całym moim ciele powodując odruch wymiotny. Właściwie, nie do końca powodując. Rzuciłem w stronę chłopaka krótkie spojrzenie po czym padając na czworaka, tyłem do niego przesunąłem się do przodu zwracając swoje dzisiejsze śniadanie, dziękując Bogu, że mimo wszystko nic więcej nie jadłem. Policzyłem do trzech i uspokoiłem słysząc jak ciemnowłosy zbliża się do mnie.
- Nie podchodź - zatrzymałem go machnięciem dłoni - To, to tylko szok - chcąc dać dowód temu, że czuję się dobrze, zmusiłem się by wstać. Ten jednak zignorował moją uwagę i objął wokół pasa ciągnąć do siebie. Bleh... nie lubiłem dotyku obcych.
- Daj klucze – zażądał, a mnie jakby ktoś właśnie odebrał wszelkie siły do spierania się z nim. Z lewej kieszeni kurtki wyciągnąłem mały pęczek brzęczących przedmiotów. Sylvain na chwilę rozluźnił uścisk i odpowiednim kluczem otworzył drzwi. Nagły przypływ wstydu i złości sprawił, że na mojej twarzy pojawiły się znienawidzone rumieńce. Wyższy pomógł mi położyć się na kanapie i podał ciepły, niebieski koc.
- Leż, pójdę zrobić herbatę – stwierdził, wyciągając ramiona do góry tak, że strzeliły.
- Posłuchaj, ja naprawdę sobie poradzę. Poza tym jestem medykiem. Wiem czego mi trzeba. Dziękuję Ci za wszystko co dla mnie zrobiłeś, ale to zbyt wiele. Naprawdę, możesz iść.  - nalegałem.
- To zrobię herbatę - zignorował mnie i z łatwością odnalazł drogę do kuchni. Ja natomiast w geście irytacji przyłożyłem poduszkę do swojej twarzy i westchnąłem teatralnie. Nie chciałem leżeć kompletnie bezczynnie. Nie lubiłem tego. Ściągnąłem z siebie koc i utykając wszedłem do łazienki. W lustrze zobaczyłem kogoś zupełnie innego. Blada twarz, wysuszona z powodu odwodnienia, sine cienie pod oczami, zerknąłem na włosy, które były niemal proste. Odkręciłem kran upijając łyk wody i dokładnie umyłem twarz, zwilżając włosy. Zacząłem czyścić wszystkie swoje rany nakładając na nie opatrunki. Rozejrzałem się po pomieszczeniu szukając ładnie złożonych ubrań, koszulki i spodenek od dresu. Przebrałem się w nie i wróciłem do salonu, gdzie stał chłopak z kubkiem panującego płynu.
- Nie powinieneś wstawać - niemal na mnie warknął - I powinieneś przytyć - zilustrował mnie od góry do dołu.
- To już nie Twój problem - mruknąłem mając nadzieję, że tego nie słyszał i obrażony położyłem się na kanapie. Odwróciłem się do chłopaka, a jedna z poduszek wylądowała na mojej twarzy. Spojrzałem na niego z oburzeniem.
- Nie bądź dzieckiem. A ja mam trening. Wpadnę jeszcze - zapowiedział się i zniknął za drzwiami.
Ogarnęło mnie zmęczenie. Wtuliłem się w ciepły koc i odpłynąłem w objęcia Morfeusza.


Sylvain?