Właściwie to nic nie mogłem.
Zamknięty w czterech ścianach powoli dostawałem szału, ciągła nuda, masa przeczytanych książek i to oczekiwanie na znak życia od chłopaka. Poniekąd w tym wszystkim czułem się jak zakochana pierwszy raz nastolatka i jakby się nad tym dokładniej zastanowić to właśnie tak było. Pierwszy raz kogoś kochałem i wszystkie romantyczne książki, z których tak bardzo się kiedyś naśmiewałem idealnie opisywały moje aktualne odczucia. Żałosne... Człowiek naprawdę jest na to wszystko tak bardzo podatny? Po raz setny przekręciłem się na łóżku z boku na bok i przerwałem swoje rozmyślania, wstając. Spojrzałem na swoje lustrzane odbicie zastanawiając się co widzi we mnie takiego Sylvain. Nie było we mnie nic co w jakikolwiek sposób przyciągnęłoby uwagę innych. Jakkolwiek by nie było to smutne, taka była prawda.
Tym bardziej cieszyłem się mając go przy sobie i aktualnie tylko dla siebie. Szczerze mówiąc lepiej swojego szczęścia bym sobie nigdy nie wyobraził.
Zdjąłem wygniecioną koszulkę, w której spędziłem poprzednią noc zamieniając go na czarny, nieco przylegający podkoszulek i zwykłe, ciemne jeansy.
Zaczesałem włosy nieco mocniej do tyłu i oddałem przyjemności długiego spaceru, zdecydowanie musiałem oczyścić umysł od całego towarzyszącego mu od dłuższego czasu bałaganu. Udałem się przed siebie, nie zważając na to gdzie dokładnie idę, w końcu jak to mówią wszystkie drogi prowadzą do domu, albo coś takiego... W każdym bądź razie nie miałem zamiaru przesiedzieć tutaj ani chwili dłużej.
Zimny wiatr wdzierał się do moich płuc powodując, że ogólny chłód skutecznie mroził moje ciało. Cicha okolica wprawiła je w niepokój i osłupienie, którego za wszelką cenę chciałem się pozbyć.
Pytanie tylko... jak? Coś z całą pewnością w tej całej egzystencji było nie tak. Coś osnuło mgłą tajemniczości i swego rodzaju odrazy przed nieznanym cała okolicę, lub tylko mnie samego. Nie wiem. W jakimś typowym, nudnym kryminale napisali by, że jest cicho, aż zbyt cicho.
Rozejrzałem się dookoła. Zbyt poddany zamyśleniom nie dałem rady orientować się w terenie. Właściwie nie otaczało mnie nic poza wielkim polem. Coś ciągnęło mnie dalej. Jakaś nieznana siła pchała mnie do przodu powodując, że po prostu musiałem zmierzać wraz z jej nurtem. Podążyłem więc za własnym przeczuciem oczekując szalonej tajemnicy, która może odmieni moje życie. Gęsta trawa łaskotała mnie po łydkach zadając momentami ból, gdyż spora część pola porośnięta była ostem. Na skraj rzeki miałem coraz bliżej, chociaż wciąż nie widziałem jej brzegu, właściwie gdyby nie brzeg nurtu pewnie w ogóle nie wiedziałbym gdzie jestem.
Dotarłem do upragnionego celu rozluźniony i spokojny jak nigdy wcześniej. Właściwie nie było tu nic, poza ogromnym wypalonym polem. Rozejrzałem się dookoła, jednak nigdzie nie było widać śladów podpalenia, nie żarzyło się żadne ciepło, z czego wywnioskowałem, że pożar miał miejsce parę ładnych lat temu. Możliwe, że stał tu jakiś budynek, ładnie ograbiony o czym świadczyły leżące, w niektórych miejscach spróchniałe deski. To dziwne, ale byłem pewien, że już tu kiedyś byłem, znałem to miejsce, mimo iż spalonej trawy zostało tu niewiele czułem się tak jakbym już wcześniej uczestniczył w tym wypadku, jakby całe zdarzenie miało miejsce poniekąd z właśnie mojej winy. Nie wiedziałem czemu. Mimo wszystko nie mogłem tego zbagatelizować, nie pamiętałem swojej przeszłości, może była gorsza niż mi się wydawało? Tylko czy siedzenie tutaj pomoże mi rozwikłać zagadkę młodzieńczych lat?
Nie.
Wtedy pomyśłałem o Sylvainie. Tak naprawdę wiedział o mnie tyle samo co ja o nim.
Czyli nic.
Byliśmy dla siebie poniekąd jak obcy ludzie, poza tym, że spędzałem z nim każdą wolną chwilę i no... Kochałem go.
Tak to chyba usprawiedliwiało fakt, że to co było kiedyś nie powinno mnie obchodzić. Jak mówią, chwytaj dzień, nie myśl zbyt wiele.
Zrezygnowany kolejną zmarnowaną próbą podniosłem się z zajmowanego do tej pory miejsca i ruszyłem przed siebie chcąc wrócić do domu
- Wiedziałem, że się zjawisz - dotarło do mnie zdanie, chwilę zajęło mi zorientowanie się, że pochodzi ono zza moich tyłów. Obróciłem się za siebie zaciekawiony.
Mimo wszystko mocno się zawiodłem widząc jedynie ukrytą pod czarny, ubraniem sylwetkę. Uniosłem brwi i niepewien jej czystych zamiarów cofnąłem o kilka kroków.
- Kim Ty jesteś? - oh, czy naprawdę byłem tak naiwny zadając te beznadziejne pytanie?
- Koszmarem Twojej przeszłości - szepnęła czarna postać, mnie natomiast uderzyła znajomość jego głosu, tak dziwnie... Nienaturalnie wręcz taka sama jak...
Jak...
Nie miałem pojęcia kogo.
Ale wiedziałem, że wiem. Gdzieś w głębi mojego umysłu kryła się ta myśl, że wiem kim jest mój rozmówca, ni jak jednak nie umiałem tego przywołać, nie umiałem przywołać kompletnie nic poza faktem, że jestem tutaj przez niego...
Z całą pewnością to jego wina.
- Czego ode mnie chcesz? - zdezorientowany całym zajściem zająłem się badaniem najbliższej drogi ucieczki, osobnik z całą pewnością nie był do mnie przyjaźnie nastawiony.
- Twojej śmierci. To śmieszne nie? Nie wierzę, że taki ktoś jak Ty sprawia zagrożenie mnie. Taki szczeniak, który powinien nie żyć od trzech lat. Dzięki Bogu dziś żyć nie będzie - wysyczał i rzucił się w moją stronę, a ja niewiele myśląc puściłem się biegiem przed siebie.
Mężczyzna poszedł w moje ślady i (patrząc na nasze postury to było do przewidzenia) dogonił mnie stosunkowo szybko, jeszcze w biegu chwycił mnie za kark i rzucił do tyłu tak, że poleciałem przez dość spory kawał ziemi. Uderzając plecami o twarde podłoże poczułem ostry ból, którego niestety nie udało się zignorować.
Wrażenie, że sekundy dzieliły mnie od śmierci zajęło moja głową tak jak krew z nosa zalewała twarz. Miałem dwa wyjścia. Stanąć w obliczu wyzwania i podjąć się ryzyku śmierci, lub spróbować uciec. Oczywiście logicznym było, że puszczę się biegiem do ucieczki,
Wybrałem chyba najbardziej dziecinny sposób, jednak na tyle skuteczny by przedostanie się między nogami napastnika pozwoliło mi się uwolnić. Zaskoczony sam dał mi niezbędne do ucieczki sekundy. Wbiegłem do lasu kręcąc się między drzewami tak by zniknąć z zasięgu jego wzroku.
Nie miałem zamiaru rozmyślać nad tym kim był i czego chciał.
Nie miałem zamiaru się nawet odwracać.
Dziękowałem jedynie Bogu za kondycję wyrobioną dzięki biegom.
Dotarłem do domu zastają otwarte drzwi, nie słyszałem strzałów, czy oznak kradzieży więc pewien, że to Sylvain, wparowałem do domu.
Nadal nie wiedziałem skąd on sam znał miejsce pobytu moich zapasowych kluczy ale nie przeszkadzało mi to szczególnie.
Wpadłem na niego tuż przy drzwiach i rezygnując z powitania wtuliłem się w źródło ciepła.
- Co się stało? - również odpuścił uprzejmości, a w jego głosie rozbrzmiała troska mieszana ze smutkiem.
- Ja... N- nie wiem - zacząłem się jąkać wystraszony i zmęczony długim biegiem. Chłopak niewiele myśląc pomógł mi się dostać do mojego pokoju i położyć na łóżku.
- Ktoś mnie napadł, znaczy ja nie wiem... Powiedział, że jest koszmarem z mojej przyszłości, ale ja nie wiem nie pamiętam nic... - potok słów wylał się ze mnie w sekundę, dopiero potem zwracając wzrok na chłopaka. Ciemnowłosy wlepiał we mnie spojrzenie chociaż widziałem, że zajmuje się czymś innym. Zdążyłem go poznać.
- Sylvain... Co się stało? - spojrzałem mu w oczy chwytając jedną jego dłoń. - Tylko nie kłam.
Sylvain?
W końcu.
Zimny wiatr wdzierał się do moich płuc powodując, że ogólny chłód skutecznie mroził moje ciało. Cicha okolica wprawiła je w niepokój i osłupienie, którego za wszelką cenę chciałem się pozbyć.
Pytanie tylko... jak? Coś z całą pewnością w tej całej egzystencji było nie tak. Coś osnuło mgłą tajemniczości i swego rodzaju odrazy przed nieznanym cała okolicę, lub tylko mnie samego. Nie wiem. W jakimś typowym, nudnym kryminale napisali by, że jest cicho, aż zbyt cicho.
Rozejrzałem się dookoła. Zbyt poddany zamyśleniom nie dałem rady orientować się w terenie. Właściwie nie otaczało mnie nic poza wielkim polem. Coś ciągnęło mnie dalej. Jakaś nieznana siła pchała mnie do przodu powodując, że po prostu musiałem zmierzać wraz z jej nurtem. Podążyłem więc za własnym przeczuciem oczekując szalonej tajemnicy, która może odmieni moje życie. Gęsta trawa łaskotała mnie po łydkach zadając momentami ból, gdyż spora część pola porośnięta była ostem. Na skraj rzeki miałem coraz bliżej, chociaż wciąż nie widziałem jej brzegu, właściwie gdyby nie brzeg nurtu pewnie w ogóle nie wiedziałbym gdzie jestem.
Dotarłem do upragnionego celu rozluźniony i spokojny jak nigdy wcześniej. Właściwie nie było tu nic, poza ogromnym wypalonym polem. Rozejrzałem się dookoła, jednak nigdzie nie było widać śladów podpalenia, nie żarzyło się żadne ciepło, z czego wywnioskowałem, że pożar miał miejsce parę ładnych lat temu. Możliwe, że stał tu jakiś budynek, ładnie ograbiony o czym świadczyły leżące, w niektórych miejscach spróchniałe deski. To dziwne, ale byłem pewien, że już tu kiedyś byłem, znałem to miejsce, mimo iż spalonej trawy zostało tu niewiele czułem się tak jakbym już wcześniej uczestniczył w tym wypadku, jakby całe zdarzenie miało miejsce poniekąd z właśnie mojej winy. Nie wiedziałem czemu. Mimo wszystko nie mogłem tego zbagatelizować, nie pamiętałem swojej przeszłości, może była gorsza niż mi się wydawało? Tylko czy siedzenie tutaj pomoże mi rozwikłać zagadkę młodzieńczych lat?
Nie.
Wtedy pomyśłałem o Sylvainie. Tak naprawdę wiedział o mnie tyle samo co ja o nim.
Czyli nic.
Byliśmy dla siebie poniekąd jak obcy ludzie, poza tym, że spędzałem z nim każdą wolną chwilę i no... Kochałem go.
Tak to chyba usprawiedliwiało fakt, że to co było kiedyś nie powinno mnie obchodzić. Jak mówią, chwytaj dzień, nie myśl zbyt wiele.
Zrezygnowany kolejną zmarnowaną próbą podniosłem się z zajmowanego do tej pory miejsca i ruszyłem przed siebie chcąc wrócić do domu
- Wiedziałem, że się zjawisz - dotarło do mnie zdanie, chwilę zajęło mi zorientowanie się, że pochodzi ono zza moich tyłów. Obróciłem się za siebie zaciekawiony.
Mimo wszystko mocno się zawiodłem widząc jedynie ukrytą pod czarny, ubraniem sylwetkę. Uniosłem brwi i niepewien jej czystych zamiarów cofnąłem o kilka kroków.
- Kim Ty jesteś? - oh, czy naprawdę byłem tak naiwny zadając te beznadziejne pytanie?
- Koszmarem Twojej przeszłości - szepnęła czarna postać, mnie natomiast uderzyła znajomość jego głosu, tak dziwnie... Nienaturalnie wręcz taka sama jak...
Jak...
Nie miałem pojęcia kogo.
Ale wiedziałem, że wiem. Gdzieś w głębi mojego umysłu kryła się ta myśl, że wiem kim jest mój rozmówca, ni jak jednak nie umiałem tego przywołać, nie umiałem przywołać kompletnie nic poza faktem, że jestem tutaj przez niego...
Z całą pewnością to jego wina.
- Czego ode mnie chcesz? - zdezorientowany całym zajściem zająłem się badaniem najbliższej drogi ucieczki, osobnik z całą pewnością nie był do mnie przyjaźnie nastawiony.
- Twojej śmierci. To śmieszne nie? Nie wierzę, że taki ktoś jak Ty sprawia zagrożenie mnie. Taki szczeniak, który powinien nie żyć od trzech lat. Dzięki Bogu dziś żyć nie będzie - wysyczał i rzucił się w moją stronę, a ja niewiele myśląc puściłem się biegiem przed siebie.
Mężczyzna poszedł w moje ślady i (patrząc na nasze postury to było do przewidzenia) dogonił mnie stosunkowo szybko, jeszcze w biegu chwycił mnie za kark i rzucił do tyłu tak, że poleciałem przez dość spory kawał ziemi. Uderzając plecami o twarde podłoże poczułem ostry ból, którego niestety nie udało się zignorować.
Wrażenie, że sekundy dzieliły mnie od śmierci zajęło moja głową tak jak krew z nosa zalewała twarz. Miałem dwa wyjścia. Stanąć w obliczu wyzwania i podjąć się ryzyku śmierci, lub spróbować uciec. Oczywiście logicznym było, że puszczę się biegiem do ucieczki,
Wybrałem chyba najbardziej dziecinny sposób, jednak na tyle skuteczny by przedostanie się między nogami napastnika pozwoliło mi się uwolnić. Zaskoczony sam dał mi niezbędne do ucieczki sekundy. Wbiegłem do lasu kręcąc się między drzewami tak by zniknąć z zasięgu jego wzroku.
Nie miałem zamiaru rozmyślać nad tym kim był i czego chciał.
Nie miałem zamiaru się nawet odwracać.
Dziękowałem jedynie Bogu za kondycję wyrobioną dzięki biegom.
***
Dotarłem do domu zastają otwarte drzwi, nie słyszałem strzałów, czy oznak kradzieży więc pewien, że to Sylvain, wparowałem do domu.
Nadal nie wiedziałem skąd on sam znał miejsce pobytu moich zapasowych kluczy ale nie przeszkadzało mi to szczególnie.
Wpadłem na niego tuż przy drzwiach i rezygnując z powitania wtuliłem się w źródło ciepła.
- Co się stało? - również odpuścił uprzejmości, a w jego głosie rozbrzmiała troska mieszana ze smutkiem.
- Ja... N- nie wiem - zacząłem się jąkać wystraszony i zmęczony długim biegiem. Chłopak niewiele myśląc pomógł mi się dostać do mojego pokoju i położyć na łóżku.
- Ktoś mnie napadł, znaczy ja nie wiem... Powiedział, że jest koszmarem z mojej przyszłości, ale ja nie wiem nie pamiętam nic... - potok słów wylał się ze mnie w sekundę, dopiero potem zwracając wzrok na chłopaka. Ciemnowłosy wlepiał we mnie spojrzenie chociaż widziałem, że zajmuje się czymś innym. Zdążyłem go poznać.
- Sylvain... Co się stało? - spojrzałem mu w oczy chwytając jedną jego dłoń. - Tylko nie kłam.
Sylvain?
W końcu.