Osoba o niezwykłej mądrości powiedziała mi kiedyś, że ludzie, którzy dużo mówią zazwyczaj są samotni lub chcą zostać wysłuchani.
Nie wiem czy to prawda, ale mojej "rozmówczyni" praktycznie nie zamykały się usta.
Stałem, patrząc na nią, jak na przybysza z innej planety, z chwili na chwilę uświadamiając sobie jak dziwną muszę mieć minę.
Dziewczyna wyrzucała z siebie słowa jak karabin maszynowy i wyglądała
przy tym niemal tak radośnie jak Sara. Niemal... W jej oczach czaiło się
coś dziwnego. Z jednej strony ciemnego... Z drugiej jasnego jak
płomienie ognia strzelające w ognisku. Coś sprzecznego i
niezrozumiałego, przy tym współgrającego z nieznikającym z jej twarzy
uśmiechem.
Mimo wszystko do mojego serca cicho zapukało poczucie winy... Gdybym to
nie ja kierował, Marcelina znalazłaby prawdziwie równą jej charakterowi
przyjaciółkę.Co do tego nie miałem żadnych wątpliwości.
Starałem się nadążać za słowami Narcyza, ale moje myśli zaczepiły się na
wzmiance o włosach. W dalszym ciągu słuchałem dziewczyny, rozmyślając
jednak o czymś zupełnie innym. Zabawne, że temat moich kłaków zawsze,
obowiązkowo prędzej czy później się pojawia. Wzruszyłem mentalnie
ramionami, skupiając całą uwagę na słowach Marceliny.
- Wybacz. Czasem się rozgadam. Jeśli ci to przeszkadza, mogę się
zamknąć. - powiedziała dziewczyna, pozostawiając nas na chwilę w ciszy.
Od tak dawna z nikim "tak po prostu" nie rozmawiałem, że fakt istnienia
prawdziwego rozmówcy wydawał mi się... Nierealny... Na tyle nierealny,
że miałem zamiar dotknąć włosów Narcyza i przekonać się czy nie jest ona
jedynie wytworem mojego chorego umysłu
- Huh? Nie nie przeszkadza mi to - powiedziałem po chwili, rozumiejąc
wagę moich słów. Naprawdę chciałem żeby ta dziewczyna mówiła... Z
resztą. Kim byłem, aby odbierać jej tę przyjemność. - Miło mi cię
poznać... Czyli...Mieszkasz obok? Cóż... Gdybym wiedział upiekłbym
jakieś cisto na powitanie - dodałem, siląc się na wesoły ton... Moje
słowa wprawdzie zabrzmiały sarkastycznie i... właściwie zabrzmiały tak,
jakbym właśnie powiedział coś w stylu "spi*rdalaj".
Jęknąłem w myślach przeklinając mój brak umiejętności nawiązywania relacji międzyludzkich.
~Dupek - oznajmiłem sam sobie w myślach. Dziewczyna jest miła,
podchodzi, uśmiecha się, rozmawia... A ja stoję i patrzę na nią jak na
tą niebieską jednooką galaretkę z bajki "Potwory kontra obcy".
Uśmiechnąłem się lekko, pozwalając dziewczynie mówić i starając się zatuszować swoje paskudne pierwsze wrażenie.
~Marcelina?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jack. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jack. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
wtorek, 9 sierpnia 2016
Od Jace'a
Ze znudzoną miną obserwowałem plamy światła, tańczące po ścianie mojego
pokoju. Która godzina? Pewnie od dawna powinienem robić coś pożytecznego
razem z resztą obozu.
Rozejrzałem się po pokoju, uświadamiając sobie, że wkrótce będę musiał tu posprzątać. Westchnąłem cicho. Od niedawna życie w obozie przypominało mi spokojne życie 80-cio latka.
Wstać, zrobić kilka ćwiczeń, ogarnąć się, wyjść, aby zająć się swoimi codziennymi zajęciami. Praktycznie każdy dzień przedstawiał mi ten sam schemat, nie pozwalając na jakiekolwiek wyrwanie się z rutyny. Może tak odtąd już zawsze będzie wyglądało moje życie? Może będzie tylko zlepkiem prostych sekwencji, które będę wykonywał każdego dnia od nowa? I może każdego dnia, tak jak dzisiaj będę czekał na jakąś zmianę, która nigdy nie nadejdzie? Oczywiście nie miałem nic przeciwko bezpieczeństwu i wolności od Łowców, które na razie zapewniał nam obóz. Czasami jednak... Z całego serca nienawidziłem tego miejsca. Czy życie w ten sposób naprawdę jest lepsze od śmierci?
Potrząsnąłem głową, starając się pozbyć natrętnych, czarnych myśli. Plamy światła, nagle zaczęły mnie strasznie irytować, a słońce, które do niedawna przyjemnie grzało mi plecy, teraz stało się nieprzyjemnie gorące, sprawiając, że na moim karku pojawiły się krople potu.
Zirytowany podniosłem się z łóżka i niewiele myśląc podszedłem do drzwi.
- Chyba czas na małe wagary. - powiedziałem cicho, sam do siebie, wychodząc.
Moja moc. Prychnąłem pogardliwie, płosząc jakiegoś ptaka, siedzącego na gałęzi wyżej.
Przekształcanie wspomnień. Mentalne czary-mary. W teorii brzmi fajnie. Za tym hasłem kryje się przecież wiele wiele więcej! Teoria mówi, że potrafię zmieniać lub usuwać z pamięci poszczególne wydarzenia, uczucia, a nawet osoby. Potrafię sprawić żeby ktoś zapomniał całe zło, jakie doświadczył na tym świecie...Lub sprawić, aby myślał, że doświadczył owego zła.
W praktyce znalezienie odpowiednich wspomnień, które zamierzałem usunąć wyglądało mniej więcej tak, jak szukanie odpowiednich ziarenek piasku na plaży....Natomiast usunięcie tych złych mogło spowodować wiele niepożądanych konsekwencji...
A usunięcie wszystkich? Czy wówczas zniszczyłbym wszystkie wspomnienia danej osoby? Czy potrafiłbym je zwrócić?
Przelotnie uświadomiłem sobie, że wcale nie czuję się lepiej, a gdyby ktokolwiek usłyszałby teraz moje myśli z pewnością uznałby mnie za osobę psychicznie chorą. Myśl ta jednak odpłynęła, równie szybko jak się pojawiła, pozwalając mi kontynuować moje wielce interesujące rozważania.
A więc...Moc? Tak. Moja moc. Choć w teorii fajna, była bardzo ryzykowna, pełna niewiadomych. Jak mógłbym narazić na jej niekontrolowane działanie któregokolwiek z obozowiczów? Natomiast, aby moje działania były skontrolowane, musiałbym najpierw to zrobić.
Dlatego od kilku miesięcy nie brałem udziału w tych śmiesznych ćwiczeniach, które niby to miały pomóc mi w okiełznaniu moich zdolości. Ćwiczyłem na własną rękę, bawiąc się umysłami zwierząt. Szybko zorientowałem się, że sarny, lisy lub dziki mają zupełnie inny sposób zapamiętywania. Wspomnienia zwierząt są znacznie gorzej zorganizowane, niż ludzkie. Przeważają w nich dźwięki, obrazy i kolory. Nieposkładane plamy świateł, przeciekające między placami.
Trzeba jednak przyznać, że coraz łatwiej wyodrębniam i odczytuję poszczególne wspomnienia. Można powiedzieć, że zacząłem robić więc niewielkie, acz widoczne postępy.
Moje przemyślenia przerwała woda, która z nieprzyjemnym chlupotem wlała się do mojego buta.
- Brawo Jace. Udało ci się znaleźć kałużę - powiedziałem do siebie pozwalając, aby moje słowa rozeszły się echem po lesie.
Niezadowolony, wyciągnąłem nogę z zimnej, błotnistej brei i zdjąłem przemoczony but. Przez chwilę w zamyśleniu obserwowałem mokrą skarpetkę w mojej ręce, po czym zdjąłem również drugiego buta, z zamiarem kontynuowania mojej wyrywającej z rutyny podróży na boso.
Wyrywającej z rutyny? Czułem się, jakbym właśnie samodzielnie pozbawił się chęci do życia.
Rozejrzałem się, nie pewny w którą stronę powinienem się udać. Znałem drogę do obozu, ale czy naprawdę chciałem tam wracać?
Z drugiej strony... Właśnie zrozumiałem głupotę mojego planu. Włóczenie się po lesie przez cały dzień nagle przestało prezentować się jako ciekawy pomysł,a przekształciło się w głupawy, nieprzemyślany kaprys.
Okazało się, że nostalgiczne wyprawy do lasu, raczej nie są moimi ulubionymi zajęciami. Poza tym... Wcale nie udało mi się pokonać paskudnego uczucia beznadziejności, towarzyszącego mi od dzisiejszego poranka.
Z cichym westchnieniem odwróciłem się na pięcie, zerkając z niezadowoleniem, na błyszczącą w słońcu kałużę. Powoli, ruszyłem w stronę obozu, po raz kolejny zatapiając się w bezsensownym rozmyślaniu na temat mojej sytuacji życiowej i egzystencji.
***
Igły i szyszki wbijały mi się w stopy, ale nie sprawiały mi większego bólu.
-Ból to pojęcie względne - szepnąłem sam do siebie, mimowolnie dotykając swoich pleców.
Zdawało się, że byłem już blisko obozu. Do moich uszu doszedł codzienny gwar, obozowiczów. Sarkastycznie zastanowiłem się jakim cudem nie mają oni tak egzystencjalnych "problemów" jak moje.
-Carpe that fucking diem i do przodu - westchnąłem, przyspieszając tempo. Wkrótce powinienem zobaczyć pierwsze domki. W tym mój. Wymownie spojrzałem na przemoczone buty. Chyba gdzieś w szafie trzymałem jakąś zapasową parę.
-Ekchem - usłyszałem ze swojej lewej strony, błyskawicznie odwracając się w stronę dźwięku
~Ktokolwiek chciałby dokończyć moje nieposkładane wypociny?
Rozejrzałem się po pokoju, uświadamiając sobie, że wkrótce będę musiał tu posprzątać. Westchnąłem cicho. Od niedawna życie w obozie przypominało mi spokojne życie 80-cio latka.
Wstać, zrobić kilka ćwiczeń, ogarnąć się, wyjść, aby zająć się swoimi codziennymi zajęciami. Praktycznie każdy dzień przedstawiał mi ten sam schemat, nie pozwalając na jakiekolwiek wyrwanie się z rutyny. Może tak odtąd już zawsze będzie wyglądało moje życie? Może będzie tylko zlepkiem prostych sekwencji, które będę wykonywał każdego dnia od nowa? I może każdego dnia, tak jak dzisiaj będę czekał na jakąś zmianę, która nigdy nie nadejdzie? Oczywiście nie miałem nic przeciwko bezpieczeństwu i wolności od Łowców, które na razie zapewniał nam obóz. Czasami jednak... Z całego serca nienawidziłem tego miejsca. Czy życie w ten sposób naprawdę jest lepsze od śmierci?
Potrząsnąłem głową, starając się pozbyć natrętnych, czarnych myśli. Plamy światła, nagle zaczęły mnie strasznie irytować, a słońce, które do niedawna przyjemnie grzało mi plecy, teraz stało się nieprzyjemnie gorące, sprawiając, że na moim karku pojawiły się krople potu.
Zirytowany podniosłem się z łóżka i niewiele myśląc podszedłem do drzwi.
- Chyba czas na małe wagary. - powiedziałem cicho, sam do siebie, wychodząc.
***
Powoli kroczyłem po miękkiej leśnej ściółce w nawet wyroczniom nieznanym
kierunku. Przed wyjściem myślałem, że może uda mi się podejść jakąś
sarnę, na której mógłbym wypróbować moją moc, teraz jednak wolałem
chociaż na chwilę odepchnąć ideę ćwiczeń na drugi plan. Z resztą. Do tej
pory potrafiłem poradzić sobie bez (zapewne fatalnego w skutkach)
użycia mojej mocy.Moja moc. Prychnąłem pogardliwie, płosząc jakiegoś ptaka, siedzącego na gałęzi wyżej.
Przekształcanie wspomnień. Mentalne czary-mary. W teorii brzmi fajnie. Za tym hasłem kryje się przecież wiele wiele więcej! Teoria mówi, że potrafię zmieniać lub usuwać z pamięci poszczególne wydarzenia, uczucia, a nawet osoby. Potrafię sprawić żeby ktoś zapomniał całe zło, jakie doświadczył na tym świecie...Lub sprawić, aby myślał, że doświadczył owego zła.
W praktyce znalezienie odpowiednich wspomnień, które zamierzałem usunąć wyglądało mniej więcej tak, jak szukanie odpowiednich ziarenek piasku na plaży....Natomiast usunięcie tych złych mogło spowodować wiele niepożądanych konsekwencji...
A usunięcie wszystkich? Czy wówczas zniszczyłbym wszystkie wspomnienia danej osoby? Czy potrafiłbym je zwrócić?
Przelotnie uświadomiłem sobie, że wcale nie czuję się lepiej, a gdyby ktokolwiek usłyszałby teraz moje myśli z pewnością uznałby mnie za osobę psychicznie chorą. Myśl ta jednak odpłynęła, równie szybko jak się pojawiła, pozwalając mi kontynuować moje wielce interesujące rozważania.
A więc...Moc? Tak. Moja moc. Choć w teorii fajna, była bardzo ryzykowna, pełna niewiadomych. Jak mógłbym narazić na jej niekontrolowane działanie któregokolwiek z obozowiczów? Natomiast, aby moje działania były skontrolowane, musiałbym najpierw to zrobić.
Dlatego od kilku miesięcy nie brałem udziału w tych śmiesznych ćwiczeniach, które niby to miały pomóc mi w okiełznaniu moich zdolości. Ćwiczyłem na własną rękę, bawiąc się umysłami zwierząt. Szybko zorientowałem się, że sarny, lisy lub dziki mają zupełnie inny sposób zapamiętywania. Wspomnienia zwierząt są znacznie gorzej zorganizowane, niż ludzkie. Przeważają w nich dźwięki, obrazy i kolory. Nieposkładane plamy świateł, przeciekające między placami.
Trzeba jednak przyznać, że coraz łatwiej wyodrębniam i odczytuję poszczególne wspomnienia. Można powiedzieć, że zacząłem robić więc niewielkie, acz widoczne postępy.
Moje przemyślenia przerwała woda, która z nieprzyjemnym chlupotem wlała się do mojego buta.
- Brawo Jace. Udało ci się znaleźć kałużę - powiedziałem do siebie pozwalając, aby moje słowa rozeszły się echem po lesie.
Niezadowolony, wyciągnąłem nogę z zimnej, błotnistej brei i zdjąłem przemoczony but. Przez chwilę w zamyśleniu obserwowałem mokrą skarpetkę w mojej ręce, po czym zdjąłem również drugiego buta, z zamiarem kontynuowania mojej wyrywającej z rutyny podróży na boso.
Wyrywającej z rutyny? Czułem się, jakbym właśnie samodzielnie pozbawił się chęci do życia.
Rozejrzałem się, nie pewny w którą stronę powinienem się udać. Znałem drogę do obozu, ale czy naprawdę chciałem tam wracać?
Z drugiej strony... Właśnie zrozumiałem głupotę mojego planu. Włóczenie się po lesie przez cały dzień nagle przestało prezentować się jako ciekawy pomysł,a przekształciło się w głupawy, nieprzemyślany kaprys.
Okazało się, że nostalgiczne wyprawy do lasu, raczej nie są moimi ulubionymi zajęciami. Poza tym... Wcale nie udało mi się pokonać paskudnego uczucia beznadziejności, towarzyszącego mi od dzisiejszego poranka.
Z cichym westchnieniem odwróciłem się na pięcie, zerkając z niezadowoleniem, na błyszczącą w słońcu kałużę. Powoli, ruszyłem w stronę obozu, po raz kolejny zatapiając się w bezsensownym rozmyślaniu na temat mojej sytuacji życiowej i egzystencji.
***
Igły i szyszki wbijały mi się w stopy, ale nie sprawiały mi większego bólu.
-Ból to pojęcie względne - szepnąłem sam do siebie, mimowolnie dotykając swoich pleców.
Zdawało się, że byłem już blisko obozu. Do moich uszu doszedł codzienny gwar, obozowiczów. Sarkastycznie zastanowiłem się jakim cudem nie mają oni tak egzystencjalnych "problemów" jak moje.
-Carpe that fucking diem i do przodu - westchnąłem, przyspieszając tempo. Wkrótce powinienem zobaczyć pierwsze domki. W tym mój. Wymownie spojrzałem na przemoczone buty. Chyba gdzieś w szafie trzymałem jakąś zapasową parę.
-Ekchem - usłyszałem ze swojej lewej strony, błyskawicznie odwracając się w stronę dźwięku
~Ktokolwiek chciałby dokończyć moje nieposkładane wypociny?
poniedziałek, 8 sierpnia 2016
Subskrybuj:
Posty (Atom)