Ta... teraz nie zbyt wiedziałam co mam myśleć. Mówił co
innego, ale jego ton do tych słów nie pasował. Jakby nie chciał mnie obrazić,
albo nie potrafił być miły. Nie wiem. Teraz miałam mały dylemat, ale przecież
po tym jak się rozgadałam, to będzie dziwne, jeśli nagle umilknę. Patrzyłam na
jego minę, jakby uśmiechniętą, chociaż wcześniej patrzył się na mnie na
wariatkę. Eh... Jak wszyscy.
Odwzajemniłam uśmiech.
- A po co? - Machnęłam ręką, że to nie potrzebne. Gdy miałam
kontynuować swoją wypowiedź, chociaż i tak sama nie wiedziałam co miałam mówić,
usłyszałam swoje imię.
- Marcelina - odwróciłam głowę w bok i zobaczyłam Dekkę.
- Cześć! - odparłam radośnie przekrzywiając lekko głowie w
bok.
Odpowiedziała to samo, po czy nie zwracając uwagi na mojego
towarzysza, powiedziała mi, abym poszła na Smoczą Górę.
- Dlaczego tam? - zapytałam zdziwiona.
Znałam to miejsce. Mówiło się tam o smokach, które ponoć już
nie istnieją. Niestety także można tam spotkać łowcę.
- Ostatnio widziano tam dosyć liczną grupę łowców.
Przywódczyni wybrała ciebie, abyś ich zabiła, bo... no wiesz... - przewróciłam
oczami.
- Jestem demonem, no tak. - Pomachałam ręką, aby się już nie
męczyła. Zgodziłam się na to, po czym wróciłam do chłopaka, który patrzył na
nas i widocznie nie był pewny co robić. Dekka od nas odeszła, a ja spojrzałam
na chłopaka. - To zobaczymy się później - odparłam z uśmiechem, po czym
ruszyłam w stronę lasu dosyć żwawym krokiem.
Szybko zapomniałam o wszystkim, czyli głównie o chłopaku. A
nawet o dziewczynie. Dlaczego? Bo gdy tylko zamieniam się w demona, w głowie
mam tylko to, co muszę wiedzieć. A zamieniłam się gdy znalazłam się mniej
więcej w środku lasu. Na głowie wyrosły mi dwa czarne duże rogi, włosy
zbielały, a oczy stały się czerwone. Ubranie jak zawsze zmieniło się w czarną
sukienkę, dosyć krótką, z odsłoniętym brzuchem jak i do połowy piersiami. Nogi
miałam bose, a na plecach coś, co wyglądało jak czerwona peleryna. W rzeczywistości
były to skrzydła, a raczej kości zaschnięte w krwi, z wiszącymi kawałkami
skóry. Uwielbiałam ten wygląd, ta przemianę, bo wyglądałam strasznie. Bali się
mnie, a mi się to właśnie podobało.
Droga na Smoczą Górę trwała tylko godzinę. Nie chciałam używać
skrzydeł, bo po co? Wolałam zostawić sobie więcej energii przy starciu. Nie
pamiętam kiedy ostatnio walczyłam jako demon. Minęło trochę czas. Zazwyczaj
staram się nie przemieniać, bo każdy się mnie boi, unika i nie mam osoby do
pogadania. Jedynie Dekka, która jakimś cudem przyjęła spokojnie wieści o mojej
rasie. Inni nie zbyt dobrze to przyjmowali.
Gdy byłam już w celu mej podróży, rozwinęłam makabryczne
skrzydła, po czym wzleciałam do góry, aby nie męczyć się wspinaczką na górę.
Między szczytem, a jakąś grotą palił się ogień, a wokół niego byli zgromadzeni
łowcy. Było ich tylko czterech. Skryłam się w niewielkiej dziurze, w której się
mieściłam, po czym uważnie ich obserwowałam. Czasem się śmiali, a czasem
rozmawiali. Czekałam na resztę dosyć długo. Zdążyło się już ściemnieć. Dopiero
wtedy udało mi się wychwycić bardzo ważny dla mnie monolog.
- Wszyscy już są? - wysoka niebieskooka kobieta zadała to
pytanie nieco niższemu, jednak bardziej masywniejszemu mężczyźnie o krótkich
czarnych włosach, prawie że ściętym na łyso.
- Tak - uśmiechnęłam się sama do siebie. W końcu mogłam
zaatakować. Było ich dokładnie trzynastu, dwie kobiety i jedenastu mężczyzn. W
tym chyba nawet jedno dziecko, ale mi to nie przeszkadzało. Gdy wszyscy wstali
i przygotowywali się do dalszej drogi, zaczęłam swoją zabawę. Jednak byli na
tyle liczni, aby utrudnić mi wyzwanie. Także zaczekałam do momentu, aż wszyscy
zaczną schodzić gęsiego z tego góry. I tak się stało. Przyodziani w wiele broni
zaczęli schodzić. Tak właśnie atakowałam ich po kolei. Pierwszą ofiarą było to
dziecko. Zatkałam mu usta ręką i zaciągnęłam do tyłu, gdzie pozbawiłam go życia
dzięki złamania mu karku. Nie było mi go szkoda, wręcz przeciwnie. Cieszyłam
się, że znowu mogę poczuć pobawić się w chodzącego kosiarza, który zabiera
życie. Nawet dzieci. Drugą ofiarą był mężczyzna, któremu wbiłam długie ostrze
tamtego dziecka. Zanim krzyknął, jego usta napełniły się krwią i się udusił
nią. Dalej mnie nie widzieli. Aż w końcu zostało ich tylko siedmiu, gdyż
kobieta miała niezłą przeponę i potrafiła tak krzyknąć, że uszy prawie mi
odpadły. Musiałam jej odciąć głowę, aby się zamknęła. Jednak tak czy siak
została zdradzona, przez co musiałam walczyć z nimi wszystkimi naraz.
<Jace?>