Odchodząc miałam ogromną ochotę się roześmiać, ale szybko mi
przeszła. Było mi go szkoda… Praca z kimś takim musiała być… To nie do
opisania! Po tym, jak pielęgniarka spoliczkowała Aarona miałam ochotę też jej
przyłożyć. Niech się dziewczyna trochę hamuje, nie mają po 7 lat. No właśnie…
Dlaczego tak się tym przejęłam? Pewnie dlatego, że ten rudzielec ma problemy z
nieodwzajemnionym uczuciem. Albo po prostu jestem w stanie polubić pana Medyka.
Szłam przez las, zastanawiając się nad tym faktem. Dopiero po kilkunastu
minutach przypomniałam sobie o swojej robocie.
- Tropić Łowców… Gdyby to jeszcze było takie proste… -
westchnęłam. Po przejściu dosłownie paru kroków usłyszałam za sobą trzask.
Stanęłam, jak wryta. - Nie, no znowu?! - szepnęłam odwracając się powoli. Za
mną siedział sobie tylko niewielki borsuk. Uśmiechnęłam się mimowolnie na widok
jego pyszczka. Z boku doszedł dziwny dźwięk. Odruchowo się schyliłam, a nad
moją głową świsnęła strzała. Mocno odbiłam się od ziemi i szybko wskoczyłam na
najbliższą gałąź. U góry minęła mnie seria kolejnych strzał.
- Znalezienie Łowców jest prostsze, niż mi się wydawało. -
stwierdziłam, a obok ucha przeleciał mi kolejny pocisk. - Trudniejsze jest
przeżycie spotkania z nimi będąc w pojedynkę. Myśl! Co tu rooo… - do głowy przyszedł
mi pewien pomysł. - To może się udać, ale… jeszcze nigdy nie stosowałam tego na
więcej niż jednej osobie… - przekonała mnie dopiero strzała, która trafiła tuż
obok. - Warto spróbować! - zdecydowałam bardzo szybko. Poczułam szczypanie w
oczach, większe niż kiedykolwiek wcześniej. W ich umysłach stworzyłam wizję
lasu tropikalnego. Zmieniłam się w geparda i zeskoczyłam na dół. Miałam
szczęście, było ich tylko dwóch. Jednego trzymałam w świecie pięknej dżungli, a
walczyłam z drugim. Próbował ugodzić mnie nożem, ale zrobiłam unik, odbijając
się i przeskakując nad jego głową. Nim zdążył się obrócić, wbiłam mu pazury w
bok. Trwało to dłużej, niż na początku zakładałam, ale w końcu obaj leżeli
martwi. Usiadłam oparta o wysoki dąb i patrzyłam na swoje dzieło. U jednej z
ofiar zauważyłam coś dziwnego. Przykucnęłam i wyciągnęłam kartkę z jego
kieszeni. Była to wizytówka jakiejś knajpy.
- Łowcy dorabiają w branży gastronomicznej? - zdziwiłam się.
Wstałam i jeszcze raz popatrzyłam na zwłoki. - Przydałoby się po sobie
posprzątać… - ułożyłam ciała na sobie i podpaliłam. Nie chcąc sfajczyć lasu,
zostałam do końca. Gdy było po wszystkim, mogłam w spokoju przyjrzeć się
adresowi znalezionemu u mężczyzny. Poszłam po ich śladach, aż do miasta.
- O, proszę! Nie muszę przedzierać się przez las, żeby
zajrzeć do warsztatu. - roześmiałam się i weszłam do budynku. Jak zwykle Mike,
Tom i Luke ciężko pracowali, Will siedział w biurze, a Jason zapewne włóczył
się po mieście.
- Nie wierzę… - wykrztusił Mike na mój widok.
- Ej, William! Duchy z przeszłości nas nawiedzają! - zawołał
rozbawiony Luke.
- Jeśli to znowu ten świrnięty Peter Fortman to z chęcią mu
przypier… - wydarł się wychodząc z sąsiedniego pomieszczenia, ale nie
dokończył. Podeszłam bliżej i wyciągnęłam obie ręce w górę.
- Dajesz! Może tym razem pójdzie Ci lepiej! - zawołałam.
- Nie prowokuj mnie, Grant! - zagroził, na co wybuchnęłam
śmiechem. Zaczął biec w moją stronę, a ja w ostatniej chwili odsunęłam się na
bok. Will o mało się nie wywalił. Pokręciłam głową ze śmiechem.
- Nadal zbyt wolny. - skwitowałam.
- Dobra, skończcie. O co chodzi, Vanisz? Przecież wszyscy wiemy, że nie przyszłaś bez powodu. - zabrał głos
Tom.
- Niestety masz rację. Nie będę owijać w bawełnę, przyszłam
po moje Maleństwo.
- Nie masz dość po TAMTEJ akcji? - spytał William.
- Weź nie udawaj zdziwionego, przecież wiesz, że jest dobra…
- zaczął Luke, ale Tom zgasił go komentarzem:
- Kiedyś była…

- Śmiesz wątpić w moje genialne umiejętności. - oburzyłam
się. Wszyscy panowie zaczęli buczeć coś w stylu: „Ooouuuuu! Masz przerąbane,
stary!”.
- Udowodnij. - fuknął Tom. Wzruszyłam ramionami i podeszłam
do motoru.
- Nadal sprawny? - spojrzałam na Mike'a, który był tutejszym
„ekspertem”.
- Musi być, bo wiesz… Will ciągle na nim jeździ… -
powiedział, po czym wylądował na ziemi. Chłopak potrząsnął nadgarstkiem, po
czym spojrzał na mnie.
- Nie ma za co, po prostu wiedziałem, że kiedyś wrócisz.
Odpalaj, no już! - poganiał mnie. Wsiadłam na maszynę i wyjechałam na plac
przed warsztatem. Za mną wyszła cała piątka, włącznie z Jason'em, który
nareszcie raczył się pojawić. Założyłam swój stary kask i kamizelkę ochronną,
poprawiłam rękawiczki i ruszyłam.
Gdy Tom już stał w stanie kompletnego osłupienia, od razu
pojechałam na wskazany przez wizytówkę adres. Odjeżdżając, zasalutowałam
chłopakom na pożegnanie. Stanęłam pod budynkiem. Było to około godziny wpół do
szóstej wieczorem. Nie schodząc z pojazdu obserwowałam wszystkich kręcących się
wokół ludzi. Z ubioru wyglądali podobnie do Łowców, których już zdążyłam
spotkać. Zresztą, wszyscy ludzie w dzisiejszych czasach ubierają się podobnie,
ale… oni aż nazbyt podobnie. Wydawało mi się to mocno podejrzane, więc postanowiłam
mimo wszystko to zgłosić. Pojechałam aż pod las otaczający Obóz. Ukryłam
motocykl gdzieś w krzakach i czym prędzej zniknęłam pomiędzy drzewami. Szłam
szybko w stronę swojego domu. Miałam ochotę na chociaż krótką chwilę usiąść na
czterech literach i napić się zwykłej, cholernej herbaty. Usłyszałam za plecami
kroki i ani trochę się nie zastanawiając, odwróciłam się szybko, chwytając
źródło dźwięk za górną część ubioru i przygwoździłam go do drzewa. Okazało się,
że był to zwykły dzieciak.
- Mogłam Cię zabić, rozumiesz?! - wydarłam się, opuszczając
go na dół. Nie odpowiedział nic, tylko szybko uciekł w swoją stronę. Wywróciłam
oczami. Poszłam do siebie, wypiłam długo oczekiwaną herbatę i około siódmej
udałam się w stronę domu Aarona.
(Aaron? Wena mnie jakoś naszła ^^ Mam tylko nadzieję, że nie
zepsułam Ci fabuły :/…)