Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vanessa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vanessa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 lipca 2016

Od Vanessy CD Aarona

Odchodząc miałam ogromną ochotę się roześmiać, ale szybko mi przeszła. Było mi go szkoda… Praca z kimś takim musiała być… To nie do opisania! Po tym, jak pielęgniarka spoliczkowała Aarona miałam ochotę też jej przyłożyć. Niech się dziewczyna trochę hamuje, nie mają po 7 lat. No właśnie… Dlaczego tak się tym przejęłam? Pewnie dlatego, że ten rudzielec ma problemy z nieodwzajemnionym uczuciem. Albo po prostu jestem w stanie polubić pana Medyka. Szłam przez las, zastanawiając się nad tym faktem. Dopiero po kilkunastu minutach przypomniałam sobie o swojej robocie.
- Tropić Łowców… Gdyby to jeszcze było takie proste… - westchnęłam. Po przejściu dosłownie paru kroków usłyszałam za sobą trzask. Stanęłam, jak wryta. - Nie, no znowu?! - szepnęłam odwracając się powoli. Za mną siedział sobie tylko niewielki borsuk. Uśmiechnęłam się mimowolnie na widok jego pyszczka. Z boku doszedł dziwny dźwięk. Odruchowo się schyliłam, a nad moją głową świsnęła strzała. Mocno odbiłam się od ziemi i szybko wskoczyłam na najbliższą gałąź. U góry minęła mnie seria kolejnych strzał.
- Znalezienie Łowców jest prostsze, niż mi się wydawało. - stwierdziłam, a obok ucha przeleciał mi kolejny pocisk. - Trudniejsze jest przeżycie spotkania z nimi będąc w pojedynkę. Myśl! Co tu rooo… - do głowy przyszedł mi pewien pomysł. - To może się udać, ale… jeszcze nigdy nie stosowałam tego na więcej niż jednej osobie… - przekonała mnie dopiero strzała, która trafiła tuż obok. - Warto spróbować! - zdecydowałam bardzo szybko. Poczułam szczypanie w oczach, większe niż kiedykolwiek wcześniej. W ich umysłach stworzyłam wizję lasu tropikalnego. Zmieniłam się w geparda i zeskoczyłam na dół. Miałam szczęście, było ich tylko dwóch. Jednego trzymałam w świecie pięknej dżungli, a walczyłam z drugim. Próbował ugodzić mnie nożem, ale zrobiłam unik, odbijając się i przeskakując nad jego głową. Nim zdążył się obrócić, wbiłam mu pazury w bok. Trwało to dłużej, niż na początku zakładałam, ale w końcu obaj leżeli martwi. Usiadłam oparta o wysoki dąb i patrzyłam na swoje dzieło. U jednej z ofiar zauważyłam coś dziwnego. Przykucnęłam i wyciągnęłam kartkę z jego kieszeni. Była to wizytówka jakiejś knajpy.
- Łowcy dorabiają w branży gastronomicznej? - zdziwiłam się. Wstałam i jeszcze raz popatrzyłam na zwłoki. - Przydałoby się po sobie posprzątać… - ułożyłam ciała na sobie i podpaliłam. Nie chcąc sfajczyć lasu, zostałam do końca. Gdy było po wszystkim, mogłam w spokoju przyjrzeć się adresowi znalezionemu u mężczyzny. Poszłam po ich śladach, aż do miasta.
- O, proszę! Nie muszę przedzierać się przez las, żeby zajrzeć do warsztatu. - roześmiałam się i weszłam do budynku. Jak zwykle Mike, Tom i Luke ciężko pracowali, Will siedział w biurze, a Jason zapewne włóczył się po mieście.
- Nie wierzę… - wykrztusił Mike na mój widok.
- Ej, William! Duchy z przeszłości nas nawiedzają! - zawołał rozbawiony Luke.
- Jeśli to znowu ten świrnięty Peter Fortman to z chęcią mu przypier… - wydarł się wychodząc z sąsiedniego pomieszczenia, ale nie dokończył. Podeszłam bliżej i wyciągnęłam obie ręce w górę.
- Dajesz! Może tym razem pójdzie Ci lepiej! - zawołałam.
- Nie prowokuj mnie, Grant! - zagroził, na co wybuchnęłam śmiechem. Zaczął biec w moją stronę, a ja w ostatniej chwili odsunęłam się na bok. Will o mało się nie wywalił. Pokręciłam głową ze śmiechem.
- Nadal zbyt wolny. - skwitowałam.
- Dobra, skończcie. O co chodzi, Vanisz? Przecież wszyscy wiemy, że nie przyszłaś bez powodu. - zabrał głos Tom.
- Niestety masz rację. Nie będę owijać w bawełnę, przyszłam po moje Maleństwo.
- Nie masz dość po TAMTEJ akcji? - spytał William.
- Weź nie udawaj zdziwionego, przecież wiesz, że jest dobra… - zaczął Luke, ale Tom zgasił go komentarzem:
- Kiedyś była…




- Śmiesz wątpić w moje genialne umiejętności. - oburzyłam się. Wszyscy panowie zaczęli buczeć coś w stylu: „Ooouuuuu! Masz przerąbane, stary!”.
- Udowodnij. - fuknął Tom. Wzruszyłam ramionami i podeszłam do motoru.
- Nadal sprawny? - spojrzałam na Mike'a, który był tutejszym „ekspertem”.
- Musi być, bo wiesz… Will ciągle na nim jeździ… - powiedział, po czym wylądował na ziemi. Chłopak potrząsnął nadgarstkiem, po czym spojrzał na mnie.
- Nie ma za co, po prostu wiedziałem, że kiedyś wrócisz. Odpalaj, no już! - poganiał mnie. Wsiadłam na maszynę i wyjechałam na plac przed warsztatem. Za mną wyszła cała piątka, włącznie z Jason'em, który nareszcie raczył się pojawić. Założyłam swój stary kask i kamizelkę ochronną, poprawiłam rękawiczki i ruszyłam.


Gdy Tom już stał w stanie kompletnego osłupienia, od razu pojechałam na wskazany przez wizytówkę adres. Odjeżdżając, zasalutowałam chłopakom na pożegnanie. Stanęłam pod budynkiem. Było to około godziny wpół do szóstej wieczorem. Nie schodząc z pojazdu obserwowałam wszystkich kręcących się wokół ludzi. Z ubioru wyglądali podobnie do Łowców, których już zdążyłam spotkać. Zresztą, wszyscy ludzie w dzisiejszych czasach ubierają się podobnie, ale… oni aż nazbyt podobnie. Wydawało mi się to mocno podejrzane, więc postanowiłam mimo wszystko to zgłosić. Pojechałam aż pod las otaczający Obóz. Ukryłam motocykl gdzieś w krzakach i czym prędzej zniknęłam pomiędzy drzewami. Szłam szybko w stronę swojego domu. Miałam ochotę na chociaż krótką chwilę usiąść na czterech literach i napić się zwykłej, cholernej herbaty. Usłyszałam za plecami kroki i ani trochę się nie zastanawiając, odwróciłam się szybko, chwytając źródło dźwięk za górną część ubioru i przygwoździłam go do drzewa. Okazało się, że był to zwykły dzieciak.
- Mogłam Cię zabić, rozumiesz?! - wydarłam się, opuszczając go na dół. Nie odpowiedział nic, tylko szybko uciekł w swoją stronę. Wywróciłam oczami. Poszłam do siebie, wypiłam długo oczekiwaną herbatę i około siódmej udałam się w stronę domu Aarona.


(Aaron? Wena mnie jakoś naszła ^^ Mam tylko nadzieję, że nie zepsułam Ci fabuły :/…)

piątek, 22 lipca 2016

Od Vanessy CD Aarona

Posłusznie szłam za nim, chociaż po tym ataku nieco zwątpiłam w jego umiejętności. Był po prostu inny… Odmienny wśród odmieńców… Z mojego punktu widzenia wyróżniał się z tłumu. Było mi trochę głupio… No dobra! Trochę bardziej niż trochę… Jednak nie dawałam tego po sobie poznać, a przynajmniej starałam się. Próbowałam go choć trochę rozpracować, obserwując każdy krok chłopaka, ale niewiele mi to dało. Doszłam jedynie do wniosku, że musi być jakaś druga strona medalu. W końcu doszliśmy na miejsce. Ku mojemu zaskoczeniu nie był to wcale szpital, lecz jeden z domków.
- Mieszkasz tu? – spytałam, rozglądając się po werandzie.
- Tak, Szpital jest dużo dalej. Siadaj, ja zaraz wracam. - wskazał mi krzesło, a sam wszedł do środka. Patrzyłam w ciemność, niczym zahipnotyzowana. Las wydawał się tak spokojnym miejscem…
- Cholernie zdradliwy… - szepnęłam do siebie. Nawet nie zorientowałam się, kiedy wrócił. Aaron stał w drzwiach i patrzył w moją stronę. Gdy spojrzałam w jego stronę, natychmiast podszedł z całą apteczką. „Nie przypuszczał, że mogę być tak spokojna?” przeszło mi przez głowę. Chciał zacząć odwijać bandaż, ale szybko cofnął ręce.
- Sama odwinę… - oznajmiłam i po chwili coś mi się przypomniało. - Możesz mi coś obiecać? Cokolwiek zobaczysz, nie myśl o mnie źle, dobrze?
- Postaram się. - odparł. Westchnęłam i powoli zdejmowałam opatrunek, najpierw jeden, potem drugi. Na mojej twarzy pojawił się smutny uśmiech, gdy znowu zobaczyłam, co pod nimi było. Przedramiona były pokryte nierówno rozłożonymi ranami, które powoli się goiły. Chłopak nic nie mówił, chyba właśnie snuł teorię i przypuszczenia. Musiałam mu uzmysłowić pewną rzecz.
- To nie to, co myślisz… To nie jest moja robota… - powiedziałam cicho. Aaron delikatnie odkaził i obejrzał rany, a następnie wręczył mi nowe bandaże.
- Masz szczęście, że nie wdało się zakażenie. - stwierdził tylko.
- Jesteśmy prawie kwita. - po jego minie poznałam, że nie rozumie. Podeszłam do barierki. - Pozostało mi jeszcze przeprosić Cię. Ja zachowałam się jak wredna s*ka, a mimo to nie dałeś za wygraną. Przydałoby się więcej takich ludzi, trzymaj się! - powiedziałam i szybko przeskoczyłam na drugą stronę, tyle mnie widzieli. Biegłam aż do momentu, gdy zobaczyłam z oddali mój dom. Dopiero na miejscu zaczęłam żałować tego, co powiedziałam. Długo biłam się z myślami, ale w końcu stwierdziłam, że chyba dobrze się stało…

* * *

Nazajutrz wyszłam z domu około 8:30-9:00. Przecież „Szczęśliwi czasu nie liczą”, co nie? Też chciałabym w to wierzyć. Wskoczyłam na jedno z drzew i rozejrzałam się wokół. Próbowałam zorientować się, mniej-więcej, w którym miejscu zaatakowano nas wczoraj. Przeskakiwałam z jednego drzewa na drugie. Moją uwagę przykuła postać w dole. Przeskoczyłam na gałąź następnego drzewa. Objęłam ją nogami i zawisłam głową w dół, praktycznie tuż przed Aaronem.
- Bu! - zaśmiałam się.


(Aaron? Biedulek nie zejdzie na zawał? :<)

czwartek, 21 lipca 2016

Od Vanessy

Przez ostatnie dwie noce spałam w Domu Przywódcy. Gdy przenosiłam swoje rzeczy do nowego domu czułam na sobie wzrok innych z obozu. Roześmiałam się z duchu: „To było do przewidzenia…”. Widziałam jak przyglądają się uważnie moim bandażom. Wdrapałam się na taras i oparłam na łokciach o barierkę.
- Może przydałoby się pokazać to komuś… - szepnęłam do siebie, ale zaraz po tym mocno walnęłam pięścią w poręcz. - Jeszcze czego! Na co mi chwilowa, udawana litość… - pokręciłam głowę ze zrezygnowania i weszłam do środka. Wystarczyło tylko odpowiednio rozmieścić rzeczy i mieszkanko gotowe. Porównując to do mojego poprzedniego domu to… Chociaż nie, tego w ogóle nie można porównać. To nadaje się do mieszkania dla ludzi. Zadowolona spojrzałam na godzinę. Dochodziła 17:15, a ognisko na Plaży było dopiero koło 18:00.
- Czyli zdążę pozwiedzać. - ucieszyłam się i szybko zeskoczyłam na ziemię. Zmieniłam się w geparda i biegiem ruszyłam w las. Bolą mnie przedramiona, ale łapy mam jeszcze sprawne. To musiało wyglądać albo dziwnie, albo bardzo śmiesznie – gepard pędzący co najmniej 80km/h z zawiniętymi przednimi kończynami. Na swojej drodze napotkałam rwący potok, przy którym gwałtownie się zatrzymałam. Próbowałam wykombinować coś w miarę bezpiecznego… na samą myśl o głębokiej wodzie… Aż dreszcz mnie przeszedł. W wodzie zatrzymały się dość sporej wielkości głazy. Cofnęłam się kawałek, aby wziąć rozbieg. Odbiłam się najpierw od jednego, a potem nie tracąc prędkości odbiłam się od następnego, i kolejnego… aż w końcu znalazłam się po drugiej stronie. Odetchnęłam z ulgą.

* * *
Do godziny szóstej latałam po całym lesie. Wreszcie dotarłam również na wybrzeże. Przed wyjściem z lasu przemieniłam się z powrotem i dyskretnie przyłączyłam się do reszty. Tsa… Miało byś dyskretnie, ale coś nie bardzo się udało. Oczywiście znowu nikt nie miał nic ciekawego do roboty i musieli patrzeć na mnie, jak na wariatkę z psychiatryka. Gdyby to jeszcze była jedna czy dwie osoby… Gapiło się całe stado dzieciaków i młodzieży w różnym wieku. Zażenowana tym wszystkim fuknęłam tylko:
- Nie, psychiatryk nie ściga mnie listem gończym.
To trochę zawstydziło młodszych z grona, a mi dało możliwość przejęcia miejsca przy ognisku. Po kilku minutach do naszego towarzystwa dołączyła nowa postać. Był to chłopak o ciemnych włosach, którego spokojnie można przydzielić do starszych. Nie zwróciłam na niego większej uwagi, dopóki nie usłyszałam z boku głosu:
- Po co Ci bandaże? - spytał spokojnie, lecz z niepokojem. A może była to troska? Jak dla mnie między tymi określeniami nie ma różnicy.
- Dla ozdoby. - odparłam bez wahania.
- Coś mi się nie wydaje. - mruknął cicho i odszedł. Miałam wrażenie, że ciągle na mnie patrzy… Ale nie w sposób pt. „Jak do niej uderzyć...”, tylko bardziej… „Co jej się stało...”. Było to mocno irytujące, aczkolwiek starałam się nie zwracać na niego uwagi.


(Aaron? Pozwolisz, że jeszcze ja będę zawracać Ci cztery litery =P XD)

Nowa zmiennokształtna!

 "Czasem wystarczy chwila by zapomnieć o całym życiu, czasem nie wystarczy życia by zapomnieć o jednej chwili...”

 http://data.whicdn.com/images/131833686/large.png