wtorek, 4 października 2016

Od Kingii C.D Dekki


Zmrużyłam oczy, stając na obie nogi. Nawet jeżeli to nie jest przez nią kontrolowane, muszę być ostrożna. Znów w tym przypadku pierwsza wychodzi zasada: "Nikomu nie ufać". - Powiedz coś... - w jej oczach widniał strach. Albo coś na jego wzór. - Mam Ci zaufać? - zapytałam, z cynicznym śmiechem. - Chciałaś mnie zabić. Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę. - Nie kontroluję się! W każdej chwili znów mogę się stać... tamtą. Proszę, nie mogę tutaj zostać. Rozumiesz? - zacisnęłam zęby. - Zamknij się. - warknęłam, patrząc na sztylet w ręce. - Nie jestem idiotką. Nie mam Ci tego za złe, aczkolwiek dzięki temu coś zrozumiałam. Tak na prawdę jesteśmy wrogami, rozumiesz? Urodziłaś się po to by eliminować takich jak ja. Ja za to by zabijać nadnaturalnych. To nie twoja wina. Zauważyłam, że chce coś jeszcze powiedzieć, jednak nie wydobyło się z niej nic. Usiadła tylko na łóżku, chowając twarz w dłoniach. - Wrócisz do swojej jaskini. - spojrzałam na nią. - Chodź. - Czyli jednak mi ufasz? - zapytała niepewnie, kierując się w moją stronę. Sięgnęłam do sakiewki przy boku nogi i wyciągnęłam stalowe kajdanki. Nie potrafiłam odpowiedzieć na jej pytanie, milczałam więc. Dla pewności związałam jej nogi tak, że nie będzie mogła biec. Po jej postawie widziałam, że jest zdezorientowana. Ruszyłyśmy do domu. Z gabinetu Gabriela zabrałam jego nieśmiertelnik i założyłam sobie na szyi. Nie dowiedziałam się praktycznie niczego o jego działaniu... Pierwszy raz żyję w wielkiej niewiedzy. A może zawsze żyłam? Może to wszystko to jedna wielka iluzja? Tylko kto ją wytwarza i w jakim celu...
W lesie przed jaskinią Dekki rozwiązałam dziewczynę. Nadal na jej twarzy znajdowała się zaschnięta krew, której nie udało mi się domyć. Jej brzuch był w poważnym i złym stanie. Nie wyglądała najlepiej. Wahałam się co powiedzieć, czy nie mówić nic. Założyłam kaptur, ruszając z powrotem do siebie. Miałam już dość. Co oczywiście nie oznacza, że to koniec. - To dopiero początek. - szepnęłam do siebie.
Na drugi dzień
Każdy mięsień bolał niemiłosiernie. Gorąca kąpiel pomogła, ale tylko w małym stopniu. Czułam się potwornie. Przez całą noc miałam koszmary i nie mogłam spać. Intensywnie myślałam co teraz zrobić. Na pewno zemszczę się za Gabriela i dowiem co to była za siła, z którą zmagała się Dekka. Zobaczymy co z tego wyjdzie... - Zabiję każdego, kto wejdzie mi w drogę. Obiecuję. - zacisnęłam dłoń na nieśmiertelniku mojego przyjaciela.
Dekka? XD No ten, trochę nie wiedziałam jak to rozegrać, ale się odnalazłam. Mam pewien pomysł, aczkolwiek ten, zobaczymy default smiley xdD

czwartek, 29 września 2016

Od Dekki CD Kingi

Obudziłam się, leżąc na boku i czując pod głową poduszkę. Poduszkę? Otworzyłam oczy i zobaczyłam przed sobą półkę z książkami. Usiadłam tak gwałtownie, że aż zakręciło mi się w głowie. Odczekałam chwilę i rozejrzałam się. Byłam w jakimś małym gabinecie. Ściany pomalowano tu na beżowo, a przy jedynym oknie stało biurko z laptopem. Czarne, potężne krzesło stało samotnie.  W rogu pokoju umiejscowione było lustro. Ja leżałam na białej kanapie, lekko podziurawionej w niektórych miejscach.
Byłam zdezorientowana. Gdzie jestem? Powoli zaczęły powracać wspomnienia ze… wczoraj? Ile czasu spałam? Dzień? Dwa? A może tydzień? Pokręciłam głową, próbują skupić się na tym, co działo się wcześniej. I w końcu przypomniało mi się.
Co ja zrobiłam?
Na początku zabi… załatwiłam strażników, a potem rzuciłam się w stronę Kingi. Przecież ona mi już nigdy nie zaufa! Nie wiem co we mnie wstąpiło. To przez tę energię, którą tam wyczuwałam. Nie panowałam już nad sobą. Chociaż teraz to już nie ważne. Dopóki nie spotkam Kingi i tak nic jej nie wytłumaczę.
Podeszłam do drzwi i szarpnęłam za klamkę. Zamknięte. Raczej się tego spodziewałam. Spróbowałam dojrzeć moja mocą co znajduje się za nimi, ale znowu poczułam opór. Przeraziłam się. Nadal jesteśmy u Gabriela. A to oznacza… że znajduję się w jego gabinecie. Czyżby moje wspomnienia też nie były prawdziwe? Ale… Nie. To nie może być prawda.
Zaczęłam przeszukiwać pokój. Rozpoczęłam od biurka. W pierwszej szufladzie znalazłam papierosy, klucze od samochodu i gumy do żucia. Nic przydatnego. Druga zawierała zdjęcie Gabriela. Nic więcej. Ale teraz przynajmniej miałam dowód. To jest jego gabinet. Trzeciej szuflady nie dało się otworzyć. Zamknięta. Włączyłam komputer.
„PODAJ HASŁO”
– Nie ma sensu próbować – szepnęłam do siebie. – Nie jest idiotą.
– Był. – Usłyszałam głos Kingi.
Podniosłam głowę i ujrzałam rudowłosą dziewczynę stojącą swobodnie w drzwiach i patrzącą na mnie uważnie. Jednak w jednej dłoni dzierżyła sztylet. Boi się… mnie?
– Co się dzieje? – spytałam natychmiast. – Co ja tu robię?
Kinga podniosła palec wskazujący do góry, nakazując milczenie.
– To nie ty tu zadajesz pytania – powiedziała. – Co to miało znaczyć. Dlaczego się na mnie rzuciłaś – zapytała ze złością.
Pokręciłam głową.
– Nie mam pojęcia – odezwałam się. – To przez tę energię. Musisz mnie stąd zabrać! Nie kontroluję tego! – Podeszłam do niej ze łzami w oczach. – Proszę. Nie chcę skończyć w tym miejscu jako potwór. Nie wytrzymam tego.
Usiadłam na kanapie i zaczęłam cicho łkać. Miałam dość tej sytuacji. Kompletnie niczego nie rozumiałam. Co będzie, jeżeli znowu stracę kontrolę?


Kinga? xD Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam ten środek uspokajający, no ale… Jest co jest xD

środa, 28 września 2016

Od Kingi CD Dekki


Spoważniałam i wzięłam głęboki oddech. Możliwe, że to pierwsza i ostatnia okazja na uwolnienie się z tej cuchnącej klatki. Posłałam dziewczynie stanowcze spojrzenie, przygotowując swoje ciało do ataku.
- No proszę, proszę. Ciałko to ty masz niezłe. - rzucił do Dekki, powoli zbliżając się coraz bardziej. JA nadal czekałam. Musiałam wyczuć idealny moment. Gdy jego ręka zaczęła wędrować na jej biodra, tym samym wkraczając głębiej do celi - ruszyłam. Jednym zwinnym skręceniem karku, uśmierciłam ofiarę. Rzuciłam jego głową o ścianę, daleko od nas.
- Żyjesz? - zapytałam tylko, a towarzyszka odpowiedziała skinieniem.
Ruszyłyśmy dalej, przez ciemne i nieznane korytarze. Między nami panowała cisza, która lekko mi przeszkadzała. Wydawało mi się, że Dekka jest nieobecna. W pewnym momencie poczułam, że łapie mnie za rękę.
- Nie mogę tam iść. - szepnęła, zaciskając uścisk.
- Nie wygaduj głupst, idziemy. - pociągnęłam ją, ale ona skutecznie się zaparła.
- Tam jest nieznane mi źródło mocy, coś co odbiera mi siłę. Tracę siły... - szepnęła. Westchnęłam.
- No dobra... W takim razie wyjście musi być po przeciwnej stronie. - rzuciłam myśląc na głos. Ruszyłam ku dalszemu penetrowaniu dziury (bez skojarzeń).
Po długim czasie błąkania, w końcu udało nam się znaleźć wyjście. Niestety czekało tam na nas z 20 uzbrojonych ludzi. Warknęłam pod nosem, czując, że nie wygramy.
- Cel namierzony. - powiedział jeden do mikrofalówki. Z jej wnętrza wydobyło się tylko: "Przygotować się, ale nie strzelać.".
Nie mogłyśmy się ruszyć, czułam się bezsilna. Nagle usłyszałam krzyk. Najpierw cichy, potem coraz głośniejszy. Mężczyźni wokoło nas zaczęli łapać się za gardła, potem upadać. Spojrzałam na Dekę, która wyglądała jak czysty demon. Jej oczy przybrały krwistoczerwoną barwę, a wokół widziałam czarną aurę. Po chwili poczułam, że ja także upadam, nie mogąc złapać powietrza.
- EJ! - krzyknęłam, jak tylko mogłam. Na nic się to nie zdało. Zamknęłam oczy, śmiejąc się pod nosem. Dziwna śmierć. Liczyłam na bardziej spektakularną.

PO JAKIMŚ CZASIE

Nie mam pojęcia ile to trwało, ale obudziła mnie Dekka, gwałtownie mną potrząsając. Wyglądała już człowieczo.
- Coś ty zrobiła? - zapytałam niemal od razu.
- Przepraszam... - szepnęła, pomagając mi wstać. Rozglądnęłam się na boki. Obok leżeli już martwi ludzie. Wyglądali jednak jak flaki, nie ciała.
- Nieźle. - rozmasowałam szyję. Trochę minie zanim odzyskam pełnie sił.
- Nie przegram... - słyszałam nagle cichy głos Gabriela. Spojrzałam w stronę dochodzącego głosu. Chłopak przybity był do pala, tak, że jego nogi swobodnie zwisały, ale ręce musiały go dźwigać. Zmarszczyłam czoło, patrząc pytająco na dziewczynę.
- Co z nim zrobisz? - zapytała mnie, nim zdążyłam zadać swoje pytanie.
- Uwolnij go - szepnęłam, patrząc w ziemię. - Proszę.
- Zmiękło serducho? - zapytał chłopak. Podeszłam do niego i przejechałam delikatnie po jego twarzy.
- Szukasz zemsty? - zapytałam, czując napływające łzy. Jednocześnie wiedziałam, że za mną stoi Dekka gotowa do działania.
- Zabiję Was wszystkich... - szepnął, szarpiąc się.
- Jesteś pewny, że tego chcesz? - dopytywałam.
- Żartujesz sobie ze mnie?! - warknął. W tym momencie zrozumiałam, że dla niego nie ma ratunku. Powoli uwolniłam go z ucisku gwoździ. A raczej Dekka, którą o to poprosiłam. Gabriel leżał na ziemi, ledwo dysząc.
W pewnym momencie nad jego ciałem znalazła się zgrabna, zamaskowana dziewczyna o pięknych kruczoczarnych włosach. Jednym ruchem zakończyła żywot mojego przyjaciela. Chciałam ją złapać, ale nim zdążyłam zareagować uciekła. Pozwoliłam wtedy dać upływ emocją. Upadłam obok zwłok chłopaka i wtuliłam się w nie, głęboko płacząc.
- Przepraszam, przepraszam... - powtarzałam, czując jak robi się coraz zimniejszy.
Dopiero, gdy ciało całkowicie zesztywniało wypuściłam je i podeszłam do dziewczyny, która wpatrywała się głucho w wejście do jaskini.
- Dekka? - zapytałam, a ta spojrzała na mnie wzrokiem, który widziałam u niej pierwszy raz. Wyrażał gniew i złość. - Ej?!
- Chodźmy stąd, proszę... - szepnęła, powracając do normalności. Coś było z nią nie tak jak powinno. Spojrzałam ostatni raz na zwłoki Gabriela.
- Z chęcią. - westchnęłam i obie ruszyłyśmy z powrotem. Dekka jednak nadal wydawała się .. inna.
- Poczekaj... - zatrzymałam się. - Widzę, że coś jest z Tobą nie tak. Powiesz o co chodzi?
- Słyszałam tam płacz dusz... - szepnęła.
- Nie rozumiem...
- Zwykły śmiertelnik nigdy nie zrozumie. - warknęła i ruszyła na przód. Byłam teraz pewna, że coś jest z nią nie tak.
- Nie nazywaj mnie tak. - odburknęłam. Jednak reakcji dziewczyny się nie spodziewałam. Znów przybrała tą samą aurę i po prostu się na mnie rzuciła. Obrona była ledwo co skuteczna. Pomogła mi tylko wiedza na temat skutecznego obniżenia działalności nadnaturalnych. Wstrzyknęłam jej środek uspokajający. W prawdzie lekko przewyższyłam odpowiednią dawkę, ale to było konieczne. Po niej dziewczyna upadła, ciężko dysząc.
- Mów co się dzieje - rozkazałam, wiążąc jej kończyny. - Jeżeli będzie to konieczne, zabiję Cię. Chyba, że porządnie się wytłumaczysz.
Sama nie wiedziałam czy do końca mówię na poważnie. Jednak twierdziłam, że muszę sięgnąć po takie środki. Nie rozumiałam też dlaczego nagle jej zachowanie się tak gwałtownie zmieniło...

Dekka?

wtorek, 27 września 2016

Od Sylvaina CD Aarona

Pokręciłem głową.
- Nie, nic. Nieważne - odparowałem. - Zajmijmy się teraz tobą. Znasz tę postać?
- Nie... Nie wiem. Było w niej coś znajomego... Głos... I nie tylko. Ale nie wiem kto to. - Wyglądał na szczerze przerażonego. Odegnałem od siebie myśli o Christianie i zająłem się Aaronem.
- Uspokój się - nakazałem. - Na początek opatrz sobie ten nos. I całą resztę. - Zobaczyłem na twarzy chłopaka cień uśmiechu. Próbowałem odwzajemnić gest, ale czułem się za bardzo przytłoczony.
Aaron sprawnie zajął się ranami. Musiał być do tego przyzwyczajony. To dobrze. Mimo że jest drobnej postury, to nawet, gdy nie będzie w stanie wygrać walki, poradzi sobie z resztą. To się ceni.
- Złamany? - zapytałem.
- Na szczęście nie.
Odetchnąłem z ulgą.
- Jak zdołałeś uciec?
Wzruszył ramionami.
- Po prostu... pobiegłem - wytłumaczył i zaczerwienił się odrobinę.
Nastała cisza. Miałem na głowie już za dużo zmartwień. Najpierw Christian i Kat, teraz Aaron. Muszę uważać, bo jeszcze popadnę w depresję. Nie mogę.
Musisz się wziąć w garść, Sylvain - pomyślałem.
Pewnie myślałbym dalej, gdybym nie spostrzegł, że Aaron przygląda mi się uważnie. Oboje patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Tyle niewypowiedzianych słów...
- Co się stało? - zapytał Aaron. Tym razem stanowczo.
Westchnąłem zrezygnowany. Może taka rozmowa wyjdzie mi na dobre?
- To długa historia...
- A spieszy ci się gdzieś? - Wskazał gestem na kanapę i sam usiadł po drugiej stronie. - Mów.
Westchnąłem i usiadłem tam, gdzie mi pokazał.
- Chodzi o to, że... mam brata... - zacząłem historię. - To bardzo zły człowiek. Wcześniej się nim nie martwiłem, bo przez kilka lat nie dawał znaku życia. Lecz teraz... Niedawno odwiedziła mnie Wyrocznia. Powiedziała, że on nadchodzi. Że niedługo tu będzie. I że mam pozwolić mu tu zostać. - Pokręciłem głową.
- Jak się nazywa ten twój brat? - zapytał łagodnie, zakrywając moją dłoń swoją.
- Christian.

Aaron? xD

poniedziałek, 26 września 2016

Od Dekki CD Kingi

Naprawdę ja musiałam to zrobić? Jak ja się do tego w ogóle nie nadaję. Westchnęłam zrezygnowana. Coś trzeba było wymyślić. Szkoda, że akurat to.
Przebrałam się, żeby chociaż ubranie mieć czyste. Ustaliłyśmy z Kingą, że jakoś go tu wciągnę, a ona go weźmie od tyłu. Chyba wolałabym na odwrót.
Podeszłam do krat. Strażnik stał swobodnie, pobrzękując kluczami. Był na tyle blisko mnie, że mogłam odczytać choć część jego myśli. Zresztą, wcale się z nimi nie krył. To co tam zobaczyłam należało do najbardziej obleśnych rzeczy, jakie w moim tak długim życiu widziałam.
Stary, ale jary - zaśmiałam się w myślach.
Musiałam zacząć. Odchrząknęłam.
Mężczyzna odwrócił się. Już na samym początku obiegł oczami moje ciało. Oblech jeden.
- Czego? - warknął.
Nie tego się spodziewałam.
- Może... chciałbyś spróbować czegoś dobrego - wypaliłam. Usłyszałam cichy śmiech Kingi. No nie...
Strażnik uniósł wysoko brwi, jednak zaraz je opuścił.
- Masz mnie za idiotę? - zapytał.
Tak - pomyślałam.
- Skądże - powiedziałam.
- To lepiej daj sobie spokój. - Zaczął się odwracać.
Podeszłam jeszcze bliżej.
- Na pewno? - szepnęłam jak najbliżej jego ucha.
Zauważyłam, że lekko się spiął. O to chodziło.
Wysunęłam moją drobną rękę przez kratę i zaczęłam jeździć nią po jego ciele. Czułam się jak skończona idiotka, ale czego się nie robi dla wolności.
- Zobaczymy co potrafisz. - Sięgnął po klucze i otworzył celę.

Kinga? xD
Nie stawiaj mnie więcej w takiej sytuacji, proszę...
Wiem, że długo nie pisałam. Nie będę miała pretensji, jeżeli mi nie odpiszesz. Trochę pochłonął mnie wir nauki i w ogóle...

sobota, 17 września 2016

Od Aaron'a CD Sylvain'a

Szczerze mówiąc gdy zostałem sam kompletnie nie miałem się czym zająć, szpital był zamknięty, a raczej uległ renowacji, więc do pracy pójść nie mogłem.
Właściwie to nic nie mogłem. 
Zamknięty w czterech ścianach powoli dostawałem szału, ciągła nuda, masa przeczytanych książek i to oczekiwanie na znak życia od chłopaka. Poniekąd w tym wszystkim czułem się jak zakochana pierwszy raz nastolatka i jakby się nad tym dokładniej zastanowić to właśnie tak było. Pierwszy raz kogoś kochałem i wszystkie romantyczne książki, z których tak bardzo się kiedyś naśmiewałem idealnie opisywały moje aktualne odczucia. Żałosne... Człowiek naprawdę jest na to wszystko tak bardzo podatny? Po raz setny przekręciłem się na łóżku z boku na bok i przerwałem swoje rozmyślania, wstając. Spojrzałem na swoje lustrzane odbicie zastanawiając się co widzi we mnie takiego Sylvain. Nie było we mnie nic co w jakikolwiek sposób przyciągnęłoby uwagę innych. Jakkolwiek by nie było to smutne, taka była prawda.
Tym bardziej cieszyłem się mając go przy sobie i aktualnie tylko dla siebie. Szczerze mówiąc lepiej swojego szczęścia bym sobie nigdy nie wyobraził. 
Zdjąłem wygniecioną koszulkę, w której spędziłem poprzednią noc zamieniając go na czarny, nieco przylegający podkoszulek i zwykłe, ciemne jeansy. 
Zaczesałem włosy nieco mocniej do tyłu i oddałem przyjemności długiego spaceru, zdecydowanie musiałem oczyścić umysł od całego towarzyszącego mu od dłuższego czasu bałaganu. Udałem się przed siebie, nie zważając na to gdzie dokładnie idę, w końcu jak to mówią wszystkie drogi prowadzą do domu, albo coś takiego... W każdym bądź razie nie miałem zamiaru przesiedzieć tutaj ani chwili dłużej.
Zimny wiatr wdzierał się do moich płuc powodując, że ogólny chłód skutecznie mroził moje ciało. Cicha okolica wprawiła je w niepokój i osłupienie, którego za wszelką cenę chciałem się pozbyć.
Pytanie tylko... jak? Coś z całą pewnością w tej całej egzystencji było nie tak. Coś osnuło mgłą tajemniczości i swego rodzaju odrazy przed nieznanym cała okolicę, lub tylko mnie samego. Nie wiem. W jakimś typowym, nudnym kryminale napisali by, że jest cicho, aż zbyt cicho.
Rozejrzałem się dookoła. Zbyt poddany zamyśleniom nie dałem rady orientować się w terenie. Właściwie nie otaczało mnie nic poza wielkim polem. Coś ciągnęło mnie dalej. Jakaś nieznana siła pchała mnie do przodu powodując, że po prostu musiałem zmierzać wraz z jej nurtem. Podążyłem więc za własnym przeczuciem oczekując szalonej tajemnicy, która może odmieni moje życie. Gęsta trawa łaskotała mnie po łydkach zadając momentami ból, gdyż spora część pola porośnięta była ostem. Na skraj rzeki miałem coraz bliżej, chociaż wciąż nie widziałem jej brzegu, właściwie gdyby nie brzeg nurtu pewnie w ogóle nie wiedziałbym gdzie jestem.
Dotarłem do upragnionego celu rozluźniony i spokojny jak nigdy wcześniej. Właściwie nie było tu nic, poza ogromnym wypalonym polem. Rozejrzałem się dookoła, jednak nigdzie nie było widać śladów podpalenia, nie żarzyło się żadne ciepło, z czego wywnioskowałem, że pożar miał miejsce parę ładnych lat temu. Możliwe, że stał tu jakiś budynek, ładnie ograbiony o czym świadczyły leżące, w niektórych miejscach spróchniałe deski. To dziwne, ale byłem pewien, że już tu kiedyś byłem, znałem to miejsce, mimo iż spalonej trawy zostało tu niewiele czułem się tak jakbym już wcześniej uczestniczył w tym wypadku, jakby całe zdarzenie miało miejsce poniekąd z właśnie mojej winy. Nie wiedziałem czemu. Mimo wszystko nie mogłem tego zbagatelizować, nie pamiętałem swojej przeszłości, może była gorsza niż mi się wydawało? Tylko czy siedzenie tutaj pomoże mi rozwikłać zagadkę młodzieńczych lat?
Nie.
Wtedy pomyśłałem o Sylvainie. Tak naprawdę wiedział o mnie tyle samo co ja o nim.
Czyli nic.
Byliśmy dla siebie poniekąd jak obcy ludzie, poza tym, że spędzałem z nim każdą wolną chwilę i no... Kochałem go.
Tak to chyba usprawiedliwiało fakt, że to co było kiedyś nie powinno mnie obchodzić. Jak mówią, chwytaj dzień, nie myśl zbyt wiele.
Zrezygnowany kolejną zmarnowaną próbą podniosłem się z zajmowanego do tej pory miejsca i ruszyłem przed siebie chcąc wrócić do domu
- Wiedziałem, że się zjawisz - dotarło do mnie zdanie, chwilę zajęło mi zorientowanie się, że pochodzi ono zza moich tyłów. Obróciłem się za siebie zaciekawiony.
Mimo wszystko mocno się zawiodłem widząc jedynie ukrytą pod czarny, ubraniem sylwetkę. Uniosłem brwi i niepewien jej czystych zamiarów cofnąłem o kilka kroków.
- Kim Ty jesteś? - oh, czy naprawdę byłem tak naiwny zadając te beznadziejne pytanie?
- Koszmarem Twojej przeszłości - szepnęła czarna postać, mnie natomiast uderzyła znajomość jego głosu, tak dziwnie... Nienaturalnie wręcz taka sama jak...
Jak...
Nie miałem pojęcia kogo.
Ale wiedziałem, że wiem. Gdzieś w głębi mojego umysłu kryła się ta myśl, że wiem kim jest mój rozmówca, ni jak jednak nie umiałem tego przywołać, nie umiałem przywołać kompletnie nic poza faktem, że jestem tutaj przez niego...
Z całą pewnością to jego wina.
- Czego ode mnie chcesz? - zdezorientowany całym zajściem zająłem się badaniem najbliższej drogi ucieczki, osobnik z całą pewnością nie był do mnie przyjaźnie nastawiony.
- Twojej śmierci. To śmieszne nie? Nie wierzę, że taki ktoś jak Ty sprawia zagrożenie mnie. Taki szczeniak, który powinien nie żyć od trzech lat. Dzięki Bogu dziś żyć nie będzie - wysyczał i rzucił się w moją stronę, a ja niewiele myśląc puściłem się biegiem przed siebie.
Mężczyzna poszedł w moje ślady i (patrząc na nasze postury to było do przewidzenia) dogonił mnie stosunkowo szybko, jeszcze w biegu chwycił mnie za kark i rzucił do tyłu tak, że poleciałem przez dość spory kawał ziemi. Uderzając plecami o twarde podłoże poczułem ostry ból, którego niestety nie udało się zignorować.
Wrażenie, że sekundy dzieliły mnie od śmierci zajęło moja głową tak jak krew z nosa zalewała twarz. Miałem dwa wyjścia. Stanąć w obliczu wyzwania i podjąć się ryzyku śmierci, lub spróbować uciec. Oczywiście logicznym było, że puszczę się biegiem do ucieczki,
Wybrałem chyba najbardziej dziecinny sposób, jednak na tyle skuteczny by przedostanie się między nogami napastnika pozwoliło mi się uwolnić. Zaskoczony sam dał mi niezbędne do ucieczki sekundy. Wbiegłem do lasu kręcąc się między drzewami tak by zniknąć z zasięgu jego wzroku.
Nie miałem zamiaru rozmyślać nad tym kim  był i czego chciał.
Nie miałem zamiaru się nawet odwracać.
Dziękowałem jedynie Bogu za kondycję wyrobioną dzięki biegom.

***

Dotarłem do domu zastają otwarte drzwi, nie słyszałem strzałów, czy oznak kradzieży więc pewien, że to Sylvain, wparowałem do domu.
Nadal nie wiedziałem skąd on sam znał miejsce pobytu moich zapasowych kluczy ale nie przeszkadzało mi to szczególnie.
Wpadłem na niego tuż przy drzwiach i rezygnując z powitania wtuliłem się w źródło ciepła.
- Co się stało? - również odpuścił uprzejmości, a w jego głosie rozbrzmiała troska mieszana ze smutkiem.
- Ja... N- nie wiem - zacząłem się jąkać wystraszony i zmęczony długim biegiem. Chłopak niewiele myśląc pomógł mi się dostać do mojego pokoju i położyć na łóżku.
- Ktoś mnie napadł, znaczy ja nie wiem... Powiedział, że jest koszmarem z mojej przyszłości, ale ja nie wiem nie pamiętam nic... - potok słów wylał się ze mnie w sekundę, dopiero potem zwracając wzrok na chłopaka. Ciemnowłosy wlepiał we mnie spojrzenie chociaż widziałem, że zajmuje się czymś innym. Zdążyłem go poznać.
- Sylvain... Co się stało? - spojrzałem mu w oczy chwytając jedną jego dłoń. - Tylko nie kłam.

Sylvain?
W końcu.

piątek, 16 września 2016

Od Aarona CD Sylvaina, Alexandry

To szpital. jedna z sal zajęła się ogniem w zawrotnym tempie. Nikt nawet nie zdążył uciec gdy jedna ze ścian zawaliła się tuż przed wejściem.
Mówiąc nikt miałem na myśli samego siebie. Tuż przed wejściem coś runęło przed drzwiami parząc mi twarz. Krzyknąłem zataczając się do tyłu. Coś przygniotło mi nogi, a duszący dym zajął płuca. Zakasłałem ciężko próbując się wyrwać ciężkiemu uciskowi, co ni jak mi nie wyszło.
Wziąłem ostatni haust powietrza i straciłem przytomność.
Ocknąłem się dopiero po dłuższym czasie na zewnątrz. Alex... Tamta dziewczyna ze szpitala coś do mnie mówiła, ale nie umiałem jej zrozumieć. Z jej słów dotarły do mnie jedynie poszczególne sylaby.
Wtedy poczułem dłoń Sylvaina na swojej, wyrwałem się mu ze wściekłym wyrazem twarzy, dopiero złość Alexandry uświadomiła mi jak głupio się zachowuje.
- Przepraszam...- zerknąłem na Sylvaina, a wyraz jego twarzy złagodniał. Podniosłem się na kolana i mocno przytuliłem do chłopaka. Odetchnąłem cicho, byłem na siebie wściekły, jak mogłem tak szybko zwątpić w ciemnowłosego, on taki nie był i nie mógłby mi zrobić nic takiego. Byłem o tym przekonany. Poczułem dłonie chłopaka na swoich łopatkach i odetchnąłem co nadal przychodziło mi z trudem. Piekła mnie cała klatka piersiowa, ból niemal rozdzierał moje płuca.
Wiedziałem, że to był zły znak.
Przytuliłem się mocniej do chłopaka, wplątując dłoń w jego włosy. - Wybacz mi... - szepnąłem ponownie.
- Miałeś prawo się zezłościć - zamruczał, a ja poczułem jak jego policzki poruszają się gdy kąciki ust wygięły się w szerokim uśmiechu. Powinienem też przy okazji przeprosić Alex, albo raczej jej podziękować. Dobrze wiedziała, że miałem prawo być wściekły. Mimo wszystko ona uratowała mi życie i może moje podejście do sytuacji było nieco egoistyczne, ale w tej chwili nie miałem zamiaru się tym zajmować.
- Wszystko dobrze? - spytałem ściszonym głosem. Chciałem na niego spojrzeć, ale wszystko rozmazywało mi oddech w taki sposób, że ledwo rozróżniałem kolory. Przysunąłem się do chłopaka wtulając w jego ciało. Silne ramiona objęły mnie wokół plecy powodując, że wszystkie emocje powoli opadły, dopiero wtedy zrozumiałem, że na przeproszenie dziewczyny nie będzie lepszej okazji niż ta teraz. Wstałem i otrzepując ubrania podpełzłem (dosłownie) w stronę dziewczyny, było ciężej niż myślałem. Ręka paliła mnie tak mocno, że towarzyszyło temu wrażenie jej odpadania. Poza tym wiedziałem, że długo będę walczył z chorobą płuc ale cóż mogę zrobić innego mając do wyboru zniszczone sumienie.
I tak zapewne rozwaliłem dziewczynie życie.
Gdy zbliżałem się do szczupłej sylwetki, ta wlepiła we mnie pełne politowania spojrzenie, które zmieszało się z wyraźnym rozbawieniem.
- Przepraszam... - mruknąłem tylko z wyraźną skruchą - Wiem jak to jest, gdy ktoś rozwala Ci życie, a potem udaje pokrzywdzonego. - mruknąłem odwracając wzrok.
- Wiesz? - prychnęła z ironią na co spuściłem wzrok. Włosy dziewczyny pofalowały gdy kręciła głową z frustracją. Skinąłem głową.
- Miłość nie wybiera... Czy coś takiego - mruknąłem coraz bardziej zmieszany. Chciałem mieć to wszystko za sobą.
- Wiesz jak to boli kiedy... - zaczęła, nie dałem jej jednak skończyć.
- Wiem. Wiem jak to boli kiedy jesteś zakochany, kiedy jesteś w stanie oddać za kogoś życie, niekoniecznie za partnera, za rodzinę, cokolwiek. Potem puf... - wypowiadając ostatnie słowo charakterystycznie strzeliłem palcami - Zniknęło. Nie ma. Jesteś zupełnie sam, walczysz z samym sobą doprowadzając się do tego, że każdego dnia starasz się o samobójstwo. Więc wiem też ile byłem w stanie poświęcić by walczyć o prawdziwe szczęście. Może Twoja nienawiść do mnie tego nie zrozumie, ale wiem o czym mówię. Możesz mieć mnie za ostatniego dupka, oddałbym wiele żeby potoczyło się to wszystko inaczej, ale cokolwiek się stało Alex, nie żałuję tego. Poza tym, że może faktycznie na początku nie chciałem Ci pomóc - spuściłem wzrok, wypowiadając bolesną prawdę.
Bolesną dla kogo...?\
Dla mnie?
Dla Sylvaina?
Dla Alex?
A gdzie w tym wszystkim było miejsce dla chłopaka? Kto myślał o jego uczuciach. Lub co gorsza... Co jeśli on wolał być z nią nie ze mną? Albo znienawidził mnie, za to co zrobiłem chociaż mówił, że to nieprawda? W tym całym bałaganie, niemal kompletnie zapomniałem, że to on musi teraz przeżywać najgorszy ból. Nie ja... Nie ona.
To on ryzykował tak wiele...
A ja? Zamiast w końcu pomóc mu być szczęśliwym wszystko psuję. Jeszcze bardziej wszystko pogarszam. Zerknąłem na dziewczynę, która albo myślała co odpowiedzieć, albo zastanawiała się czy mi nie przyłożyć. Niepewien słuszności własnych planów wyciągnąłem rękę w jej stronę gdy w tym czasie ból coraz mocniej rozrywał moje ciało.
Domyśliłem się, że lepsze samopoczucie było efektem szoku, który zaraz minie.
- Nie czuję się najlepiej... - mruknąłem, niepewien czy sam do siebie czy zwyczajnie potrzebuję pomocy. Oparłem się na łokciach przekręcając na bok, gdy grunt osunął mi się spod nóg.

***

Ciepła kołdra otulała moje, pokryte bandażami ciało ze spokojem stwierdziłem, że leżę we własnym łóżku, w swoim domu. Dłuższą chwilę zajęło mi dojście do faktu, że koło mnie znajdują się jeszcze dwie postaci i mimo, iż mówiły podniesionymi głosami nie docierała do mnie ich treść.
- Sylvain? - spytałem otwierając oczy. Ciemnowłosy przysiadł na rogu łóżka pomagając mi się podnieść. Dopiero wtedy zwróciłem uwagę na Alex kompletnie zapominając o tym jakim cudem znaleźli zapasowa klucze do mojego mieszkania.
- To jak... Będzie dobrze? - zmieszany skupiłem się na wyrazie jej twarzy, miałem nadzieję, że się zgodzi. Nie chciałem by mnie znienawidziła, lub chłopaka. Co nie zmieniało faktu, że jeszcze bardziej nie chciałem by mimo wszystko mi go odebrała.
Ufałem Sylvain'owi co nie zmieniało faktu, że tego się bałem.


Sylvain? Alex?
Wiem, pewnie o mnie zapomnieliście ale żyję ;v
W zamian mogę jedynie obiecać, że ładnie spróbuję rozkręcić akcje.
heh.