***
Kolejnego dnia musiałam iść na zmianę opatrunków, jednak jakoś bardzo mi się tam nie śpieszyło. Dopiero wieczorem ruszyłam spokojnym krokiem w stronę szpitala, który znajduje się na obrzeżach obozu. Im bliżej byłam, tym miałam złe przeczucia. W pewnym momencie usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła. Ruszyłam biegiem w tamtym kierunku. Całkiem szybko dotarłam na miejsce. Dym wydobywał się z powybijanych okien, a ze środka dochodziły krzyki.
- Chol*ra. – Warknęłam, starając się otworzyć zabarykadowane drzwi. Nie mogłam złapać klamki, która była już zbytnio rozgrzana. Starałam się je jakoś wyważyć. Po kilku próbach drzwi uległy, a ja mogłam dostać się do środka. Zdjęłam bluzę i zakrywając nią twarz weszłam do budynku. Od razu skierowałam się do rejestracji, skąd dochodziły krzyki. Za biurkiem leżała elfka, która była przygnieciona przez belkę. Wspólnie udało nam się oswobodzić dziewczynę. Pomogłam jej wstać i zaprowadziłam na zewnątrz. Szatynka usiadła pod drzewem, a ja wróciłam do środka. Kilka osób wyszło o własnych siłach.
-Halo! Jest tu kto?!- Krzyknęłam, odsłaniając usta na chwile. Moment wystarczył, żeby do moich płuc wdarł się dym. Zaczęłam się krztusić, jednak krzyknęłam jeszcze kilkukrotnie. Z sufitu leciało coraz więcej elementów. Miałam już uciekać kiedy usłyszałam czyjeś wołanie. Trudno było mi oszacować skąd dochodzi. Przeszukiwałam kolejne pomieszczenia, aż dotarłam do gabinetu Aarona. W progu dostrzegłam jakąś leżącą sylwetkę, kiedy znalazłam się bliżej rozpoznałam w niej Sylvain'a. Uklękłam przy nim i starałam się go ocucić. Chłopak kaszlnął kilkukrotnie i otworzył oczy. Pomogłam mu wstać i zaczęliśmy iść do wyjścia. Blondyn słaniał się na nogach, kiedy wreszcie udało nam się wydostać. Pomogłam mu usiąść pod drzewem z dala od dymu.
- A...Aaron-tam-zo-stał. - Chłopak ledwo wydusił z siebie słowa. Zaklęłam cicho pod nosem patrząc na budynek, który ledwo się jeszcze trzymał.
- Jak mus to mus. – Pomyślałam, kierując się ponownie do budynku. Przedzierając się przez poprzewracane meble i szczątki lecące z sufitu. Było ciemno przez dym, a jedynym źródłem światła były płomienie, które powoli trawiły ściany. Nie wiem ile czasu minęło, ale udało mi się wreszcie dotrzeć do odpowiedniego gabinetu. Rozejrzałam się dookoła jednak nigdzie nie widziałam chłopaka. Powoli brakowało mi tchu, a oczy szczypały od dymu.
- Gdzie jesteś .- Myślałam gorączkowo, szukając Aarona. Nagle zauważyłam go po drugiej stronie pomieszczenia. Oddzielał nas pas ognia. Podeszłam na tyle blisko, że czułam jak płomienie prawie muskają moją skórę. Myślałam gorączkowo jak przedostać się na drugą stronę. Fakt, że dach zaczął niepokojąco skrzypieć. Zacisnęłam mocno pieści, które otoczyły błękitne płomienie.

Wyciągnęłam dłoń w stronę ognia, który się rozstąpił. Szybko przeszłam na drugą stronę i podbiegłam do chłopaka. Jego klata unosiła się rzadko i dość płytko. Miałam mało czasu... Jakimś cudem udało mi się dźwignąć chłopaka na plecy i nieść w stronę wyjścia. Złapałam jeszcze dużą przenośną apteczkę. Ciężar na plecach dawał się we znaki, a dodatkowo nie mogłam złapać już oddechu. Z chłopakiem na plecach ciężko było omijać przeszkody, jednak jakoś się udawało. W pewnym momencie upadłam na kolana kaszląc, nie mogąc złapać tchu.
- Już nie daleko. - Powtarzałam sobie w myślach, wpatrując się w jasny punkt, który oznaczał tylko jedno... wyjście. Wstałam chwiejąc się na nogach i ruszyłam w stronę upragnionego powietrza. Wreszcie udało mi się wydostać. Oddaliłam się z chłopakiem na bezpieczną odległość. Położyłam go na ziemi, a obok mnie pojawił się Sylv.
- Co mu jest? - Zapytał ze łzami w oczach.
- Domyśl się. – Warknęłam, wyjmując z apteczki maskę połączoną z butlą z tlenem. Założyłam ją chłopakowi na twarz. Złapałam go za rękę starając się wyczuć puls. Wyjęłam strzykawkę z adrenaliną i wstrzyknęłam zawartość Aaronowi. Cały czas kasłałam nie mogąc złapać oddechu. Sylv siedział obok ciemnowłosego.
- Budzi się. - Szepnął, a ja ponownie uklękłam obok Anioła. Blondyn odsunął się na chwilę, a ja sprawdziłam puls i liczbę oddechów.
- Leż na razie. - Powiedziałam, kiedy szatyn chciał się podnieść. Nachyliłam się nad nim.
- Ja chociaż nie żałuje, że ci pomogłam. Jesteśmy kwita. - Szepnęłam mu do ucha i wstałam. Sylv złapał Anioła za rękę.
- Nie dotykaj mnie. - Warknął Aaron, wyszarpując dłoń.
- Przestańcie zachowywać się jak baby z okresem! – Krzyknęłam, patrząc to na jednego, to na drugiego. Pokręciłam z zażenowaniem głową i odeszłam kawałek dalej. Usiadłam pod drzewem i starałam się uspokoić oddech, który nadal był nie wymiarowy. Kaszel ciągle mnie męczył, przez co trudno było mi złapać oddech.
Aaron? Sylv?

